wtorek, 23 sierpnia 2016

O MARZENIACH I INTUICJI PO RAZ DRUGI


O MARZENIACH I INTUICJI PO RAZ DRUGI


O czym marzysz, czego pragniesz? Zadaję dzisiaj to pytanie wielu osobom. Czy marzenia są do spełnienie, czy tylko do marzeń, czy dzielić się z nimi z bliskimi, czy do czasu ich realizacji nie zapeszać i nikomu nic nie mówić? Czy wszystkie marzenia czynią nas szczęśliwymi czy rodzą frustracje czy może są motorem do działania? Wiele pytań i zapewne wiele jest odpowiedzi, tyle odpowiedzi ilu marzycieli. Zacznę od siebie, bo nikogo nie znam lepiej. Może uda mi się ustalić raz na zawsze, jak naprawdę jest z tymi moimi marzeniami, czy powinnam w tej chwili marzyć, a nie pisać, a może moim marzeniem jest pisanie?

Kiedy byłam bardzo młoda, żyłam dniem dzisiejszym, wydawało mi się, że mam wszystko czego mogłam wtedy chcieć, a więc mądrego, przystojnego i popularnego męża, no nie aktora ale czołowego wtedy piłkarza Górnika Zabrze, dwoje zdrowych i ślicznych dzieci, własne mieszkanie i samochód. Dość pieniędzy na dostatnie życie, urodę, piękną figurę i mogłam pojechać do rodziców taksówką pięćdziesiąt kilometrów jak za nimi się stęskniłam. O czym mogłam wtedy jeszcze marzyć? Moje życie to było jedno wielkie marzenie. Oglądam zdjęcia z tego czasu i widzę młodą atrakcyjną kobietę na nieustannych wakacjach.
Do momentu jak zmarł mój teść. Moja córka przygotowywała się do pierwszej komunii, uszyłam jej sukienkę a ona pokazała się w niej dziadkowi. Powiedział wtedy że pięknie wygląda i że tak się cieszy, że dzieci tak pięknie rosną i miał wtedy łzy w oczach. Kiedy zapytałam dlaczego tak reaguje na bądź co bądź radosne wydarzenie. Odpowiedział że jemu jest smutno bo świat jest taki piękny a jemu przyjdzie umierać.
Miała 52 lata i był zdrowy, tak nam się wtedy wydawało. Tak jakoś się wtedy nie zastanawiałam nad sensem jego słów, pomyślałam tylko, że się przestraszył, że mu szybko wnuczka rośnie, a on się po prostu starzeje. Ale teść nie dożył komunii mojej córki. Miał rozległy zawał i umarł w kwietniu.

Uświadomiłam sobie wtedy, że wszystko przemija: i zdrowie i miłość i nic nie ma znaczenia w obliczu śmierci. Naprawdę wtedy po raz pierwszy zdałam sobie sprawę, że wszyscy będziemy musieli kiedyś odejść i stałam się bardziej uważna. Do tej pory przywiązuję wagę do słów i nigdy nie obcinam sobie głowy czy ręki w żadnej sprawie, nie oddaję wszystkiego za coś lub za kogoś i nigdy nie mówię, że nie chce mi się żyć. Każde rozczarowanie lub niepowodzenie przyjmuję jako lekcję i drugi raz staram się nie popełniać tego samego błędu.

Mam taką codzienną afirmację: „Wybaczam sobie bycie nieidealną i żyję teraz najlepiej jak potrafię.” Pomyślisz teraz droga Mario że zaczęłam o marzeniach , a skończyłam na śmierci, ale wbrew pozorom wielu ludzi pytanych o marzenia odpowiada, że marzą o tym by być zdrowym, bo jak się ma zdrowie , to i marzeń pełną głowę, ale jak zaczynamy chorować to marzymy tylko o zdrowiu. Każdy z nas tego doświadczył i tylko nieliczni szczęściarze dożywają sędziwego wieku w doskonałym zdrowiu. Ja tak jak wielu z nas doświadczyłam poważnej choroby, ale to już temat na kolejny list.

Pozdrawiam cię droga Mario i życzę ci zdrowia i głowy pełnej marzeń.

Ps. Do dzisiaj zastanawiam się czy mój teść miał przeczucie, że jego życie dobiega końca czy ta nasza rozmowa to był zwykły zbieg okoliczności.





poniedziałek, 15 sierpnia 2016

CO TO JEST PRZYJAŹŃ?


O moich przyjaźniach….

Czy wszyscy ludzie, których spotykamy na swej drodze zostają naszymi przyjaciółmi?
Teraz wiem, że nie, ale kiedyś byłam inna. Otwarta na każdą przyjaźń, oddana i pomocna.
Myślałam, że na przyjaźń trzeba sobie zasłużyć. Nie wynikało to bynajmniej z głupoty czy niewiedzy, ale raczej z naiwności. Do dziś mam taką zasadę, że kiedy poznaję nowych ludzi są oni dla mnie czystą nie zapisaną kartką.

 Lubię ludzi z natury i pozwalam im zaistnieć w moim życiu. Jedni zyskują na bliższym poznaniu, inni tracą, a jeszcze innymi w ogóle nie zaprzątam sobie umysłu. Otwieram swoje serce i czekam co z tego wyniknie. Ale z perspektywy czasu muszę stwierdzić, że mm grono swoich przyjaciół od lat i tych całkiem nowych. Moje przyjaźnie mają rożną intensywność i różne etapy. Mam przyjaciół na co dzień i takich z którymi widuję się rzadko. Lecz wszystkie te osoby są dla mnie ważne i mogą na mnie liczyć w trudnych chwilach swojego życia jak i radosnych momentach. 

Jest takie przysłowie że „przyjaciół poznaje się w biedzie”, ale jak głębiej się nad tym zastanawiam to dochodzę do takiego wniosku, że niektórym z trudem przychodzi cieszyć się razem ze swoim przyjacielem, kiedy np. nasz przyjaciel kupuje sobie piękny nowy samochód, takiego wypasionego terenowego Mercedesa, do którego wzdychają wszyscy fani motoryzacji podczas zwiedzania salonów samochodowych. Jeżeli jesteś dobrym obserwatorem ludzkich zachowań to widzisz zmieszanie na twarzach niektórych oglądających, zazdrość lub zaskoczenie. Kiedy ochłoną, zaczyna się dyskusja: że nie opłaca się kupować samochodów nowych z salonu bo bardzo się na nich traci (pokaż mi takiego, który by nie kupił jakby go było stać) co odważniejsi nie ukrywają zdziwienia: „skąd ty masz na taki zbytek pieniądze?”, jeszcze inni uważają to za snobizm i brak gustu. No i taki do tej pory zadowolony nabywca nowiusieńkiego Mercedesa zaczyna tracić pewność siebie i już sam nie wie czy dobrze zrobił kupując to cacko, a grono oglądających wprost przeciwnie, czują zadowolenie z faktu, że przyjaciel jest szczęśliwym posiadaczem ale naiwnym i w sumie to same kłopoty go czekają. Zapytałam jakie to kłopoty czekają właściciela nowiutkiego Mercedesa, spojrzało na mnie kilka par zdziwionych oczu i jeden z panów przystąpił do uświadamiania mnie: po pierwsze przy parkowaniu ktoś może ci zatrzeć lakier lub nawet wgnieść blachę, a to w przypadku takiej klasy samochodu są ogromne koszty, może ci go ktoś ukraść a wtedy zaczyna się żmudne śledztwo i nie masz ani auta ani pieniędzy, możesz mieć pecha i trafisz na felerny model i zamiast nim jeździć to stoisz ciągle w warsztacie. Na moje protesty, że przecież samochód jest ubezpieczony panowie prawie chórem zawołali: „Czy ty wiesz ile to ubezpieczenie kosztuje?!. Nie wiedziałam, ale z tonu jakim wykrzyknęli wywnioskowałam, że dużo, dużo za dużo.
Tak samo ma się sprawa domu czy luksusowego mieszkania, albo jeszcze gorzej apartamentu w atrakcyjnej miejscowości lub kurorcie.
Modne ciuchy, zwiedzanie świata, lub nawet posiadanie mądrych wykształconych dzieci lub wnucząt też stanowi problem w relacjach między ludzkich, a nawet przyjacielskich. Jedna z naszych przyjaciółek poinformowała nas, że na sylwestra wystąpi w „starej kiecce” bo już wyrosła z tej próżności i teraz szkoda jej czasu i pieniędzy na szukanie nowej garderoby, wszystkie zgodnie jej przytaknęłyśmy, ale na sylwestra tylko ona miała starą, ale nie widzianą przez nikogo sukienkę i był to dla niej samej dyskomfort.
Ja miałam sylwestra w łóżku, bo dopadła mnie rwa kulszowa i cierpiałam katusze. Nie mogę powiedzieć nic więcej bo tam nie byłam i nie widziałam, więc nie będę opowiadała. Zdziwił mnie sam fakt opowiadania o tym w czym w ogóle pójść na sylwestra, najlepiej w czym się ma i dobrze się bawić.

Nie oceniam, nie szufladkuję, mam swój styl i charakter i to co najważniejsze śmiało przedstawiam mój punkt widzenia jeżeli mnie ktoś zapyta o zdanie. Staram się mówić spokojnie, ale stanowczo i starannie wybieram bitwy do stoczenia. Chcę być mądra a nie przemądrzała. Radzę tylko tym, którzy o radę proszą i pomagam tylko tym którzy na to zasługują. Jednym słowem nie marnuję swojej energii i nie zmieniam ludzi, zmieniam siebie, ciągle się rozwijam i uczę się nowych rzeczy. A jak było dawniej? Różnie. Zawsze byłam otoczona ludźmi, tak jakoś do mnie lgnęli. Teraz już wiem, że byłam wygodna koleżanką, która chętnie zapraszała do siebie na pyszną kolację, odbierze dziecko z przedszkola, nakarmi i przechowa do wieczora, uszyje, pożyczy nawet drogie i ulubione ciuchy, wyczyści nawet wredną plamę na dywanie.
A propos tej plamy na dywanie muszę się przy tym na dłużej zatrzymać bo właśnie od niej zaczęła się moja asertywność. Ale po kolei, było to dawno, nawet bardzo dawno, trzydzieści lat temu, Dwie przyjaciółki przyszły do mnie z wizytą na kawę i ciasto domowej roboty. Kawę przywiózł mój mąż z zagranicznego wyjazdu a ciasto upiekłam własnoręcznie. W miłej atmosferze mijał nam czas, ploteczki, wymiana doświadczeń, takie tam babskie spotkanie. Wyszłam do toalety i jakoś tak bezszelestnie całkiem przypadkiem zatrzymałam się przy lustrze w przedpokoju aby poprawić włosy i usłyszałam taką oto rozmowę: Mam wredną plamę na dywanie mówi pierwsza i zupełnie nie wiem jak mam ją wyczyścić, a na to mówi druga po co się męczysz powiedź o tym Halinie (czyli mnie) ona jest ambitna to ją wyczyści i w tym momencie wybuchnęły cichym śmiechem. Poczułam jak pot zalewa mi czoło, zrobiło mi się słabo, ale szybko opanowałam emocje. Wróciłam do moich”przyjaciółek” i udawałam, że nic się nie stało. Kiedy wyszły płakałam do poduszki, ale był to płacz oczyszczający, poczułam złość nie na te dwie intrygantki, ale na siebie o to, że byłam taka naiwna. Za jakiś czas dzwoniła do mnie ta koleżanka od plamy na dywanie i bardzo miło i tak bezradnie opowiadała mi o strasznym zdarzeniu którego konsekwencją była wredna plama na dywanie, a ja ze stoickim spokojem podałam je numer telefonu do jedynej wtedy w Zabrzu firmy czyszczącej dywany, grzecznie ją przeprosiłam i szybko skończyłam rozmowę.

Od tego czasu zaczęłam bacznie przyglądać się ludziom. Zaczęłam czytać artykuły w gazetach, książki, chętnie chodziłam do kina na psychologiczne filmy, stało się to moją pasją i tak mam do dzisiaj. Nadal byłam przyjazna i pomocna, ale pilnowałam żeby nikt nie przekraczał granicy i mnie nie wykorzystywał i już nigdy na to nie pozwoliłam. 

Dlatego moje przyjaźnie mają różną intensywność. Czasami celowo oddalam się od kogoś kto nadużywa mojej dobroci, ale kiedy ta osoba miała trudny okres w swoim życiu, potrzebowała mojej pomocy szybko zapominałam o dawnych sprawach. Pomagałam finansowo i wspierałam dobrym słowem, dawałam schronienie i zabierałam na wczasy, jeżeli chciałabyś wiedzieć czy mi się opłacało to powiem ci, że z perspektywy czasu nie. Dzisiaj już naszej przyjaźni nie ma. O przyjaźń należy dbać. Trzeba dużo od siebie dawać ale i należy być gotowym na dary, które niesie ze sobą ten specjalny rodzaj znajomości. Mam wieloletnią przyjaciółkę, która była i jest do tej pory bezinteresowna, ale rozmawiamy i przebywamy ze sobą jedynie z mojej inicjatywy, taki jest między nami układ, który szanuję bo wiem że choroba mojej kochanej przyjaciółki bardzo ją ogranicza. Przyjaźnimy się od 25 lat, to szmat czasu i taka przyjaźń zasługuje na specjalne traktowanie. Daję więc od siebie wiele nie oczekując niczego w zamian, a radość jaką dają mi te spotkania jest dla mnie wystarczającą nagrodą.

Czy ja jestem idealną przyjaciółką? Zapewne nie. Mam swoje wady jak wszyscy, ale mam ich świadomość i pracuję nad sobą.

Droga Mario mam taką radę: jeżeli chcesz zmienić świat zacznij od siebie, nigdy nie zmieniaj innych ludzi, zmień siebie, a cała reszta się dostosuje. Jeżeli pragniesz, żeby cie ktoś pokochał dawaj miłość, jeżeli chcesz by cię ktoś szanował, obdarzaj szacunkiem innych, jeżeli pragniesz uznania chwal innych, jeżeli pragniesz uśmiechu i życzliwości bądź życzliwa. Bądź szczera, naturalna i nigdy nie oceniaj innych, nie plotkuj i nie intryguj, załatwiaj trudne sprawy od razu i z osobami uwikłanymi w nie. Nie czekaj z tym, bo akurat jest zły moment, bo na trudne sprawy zawsze jest zły moment, ja coś o tym wiem i ty na pewno też.






sobota, 9 lipca 2016

OD POCZĄTKU I O TYM, ŻE NIC NIE DZIEJE SIĘ PRZYPADKOWO.

LISTY DO MARII

Pod takim roboczym tytułem postanowiłam pisać tę książkę. Będę w tych listach opowiadała historię mojego życia. Będzie to opowiadanie dla Pani. Będę pisała różne zdarzenia z mojego życia, moje aktualne przemyślenia, proste rozwiązania na trudne problemy. Mam ogromną nadzieję że to panią zainspiruje, a może raczej zmotywuje mnie do pracy. Cały wczorajszy dzień myślałam jak zacząć pisać książkę o samej sobie. Jak mam zacząć to opowiadanie, no jak zainteresować wielu nie znanych mi ludzi do czytania życiorysu zwykłej nieznanej im kobiety. Która nie jest celebrytką, zwyczajnie kocha ludzi i z całego serca chce im pomagać. Powiedziała mi pani na naszym spotkaniu, że zainteresowałam panią opowiadaniem o sobie, że mam charyzmę i pasję. To wszystko prawda, lecz nie wie pani jednego: żebym mogła o swojej pasji opowiadać muszę mieć przed sobą osobę, , która jest zainteresowana tym co jej chcę powiedzieć, muszę widzieć blask w jej oku, muszę czuć, że osoba ta do której mówię rozumie to co jej chcę przekazać. W pani przypadku to się sprawdziło, więc będę pisała do pani, proszę mi pozwolić na taki eksperyment.

Chciałam właśnie napisać do pani tego e maila i zobaczyłam, wśród wielu innych wiadomości, bo ja jestem osobą, która czyta wszystko co do mnie trafia, bo nigdy nie wiadomo kiedy, wśród z pozoru nieważnych informacji, znajdziemy jedno słowo, wskazówkę, która rozwiąże problem od dawna nas nurtujący newsletter Latającej szkoły. Agata, założycielka tej szkoły, napisała post o osobach, które mają swoje marzenia, ale ich nie realizują. Pomyślałam, że to jest o mnie i o moim pisaniu. Pozwolę sobie zacytować Agatę: „Masz zatem marzenia, ale ich nie realizujesz? - niektóre pomysły potrzebują czasu, miękkiego koca, którym będą otulone, jak sadzonki wiśniowego drzewa. Potrzebują okresu kiełkowania, kiedy nic nie widać na ziemi i pozornie nic się nie dzieje, a w środku nasiona aż buzuje.” Od razu zrozumiałam anielskie przesłanie – Jesteś gotowa, zbierz żniwo swojej pracy. To taka anielska poczta, sposób komunikowania się ze mną moich anielskich pomocników.

To pierwsza rada: Bądź uważna i nie lekceważ żadnego znaku.
Jeśli znajdujesz monety, piórka, jeżeli co rano kot sąsiadki czeka na ciebie pod twoimi drzwiami, zastanów się: dlaczego i co chcą powiedzieć mi anioły , może to żebym się zatrzymała, była uważniejsza, a może pod nosem mam rozwiązanie trudnego problemu, ale nie umiem go zauważyć.

No i proszę znowu włączył mi się system dobrych rad i zboczyłam z kursu, czyli straciłam wątek. Odnalazłam pocztę od pani „Perypetie” i poczułam ciepło w sercu, a potem lęk i nie czytając tematu przystąpiłam do lektury (byłam przekonana, że chce się pani wycofać z tego projektu) i przeczytałam tekst o mnie, czytałam go wiele razy i zastanawiałam się, czy to rzeczywiście o mnie. Pomyślałam, że to znak od moich aniołów, no bo czy jest wielu takich autorów, którzy jeszcze nic nie napisali, a już ktoś miał z tego tytułu radość. Poczułam się cudownie i moje Ego znalazło się w siódmym niebie, ale natychmiast odezwał się we mnie głos rozsądku - „Ty lepiej zejdź na Ziemię, bo jak czegoś fajnego nie wymyślisz, to następny e – mail zacznie się od słów – „Bardzo się na pani zawiodłam” Ponieważ jestem osobą, która stosuje się do dobrych rad po spotkaniu z panią poprosiłam moją 17 letnią wnuczkę, i tu muszę się powstrzymać żeby znowu nie zboczyć z kursu, bo chciałabym powiedzieć, że to cudowne dziecko jest moją największą nagrodą w moim życiu, ale przejdę do tematu naszej rozmowy, o Wiktorii będę jeszcze opowiadać wielokrotnie, no więc poprosiłam ją żeby zmieniła mi czcionkę z kursywy na tą którą mi pani zaleciła. Bo to właśnie dzięki mojej wnuczce zaprzyjaźniłam się z komputerem, ale nadal się uczę i ona dzielnie, grzecznie kolejny raz pokazuje mi jak korzystać z osobistego laptopa. Zrobiła to tym razem beze mnie, nawet poczułam ulgę, bo po tym spotkaniu z panią miałam mętlik w głowie i jeden wielki chaos. Tym bardziej, że mój mąż, a potem syn uznali to pisanie za jakaś fanaberię i głupi pomysł, a córka i wnuczka dzielnie mnie zachęcały.

Dopiero dzisiaj, w niedzielę o szóstej rano, bo to moja godzina pracy, relaksu, czytania, stawiania kart, czas tylko dla mnie postanowiłam napisać do pani i przeczytałam linijki (na początku listu do pani), który zostawiła dla mnie moja kochana wnuczka. Czytałam je i w miarę wgłębiania się w tekst rozpływały się moje wątpliwości czy napiszę książkę. Będę ją pisała dla siebie, mojej wnuczki i córki, dla pani. Będziecie moimi recenzentkami, inspiratorkami i mam nadzieję motorami napędowymi gdybym straciła chęć do pisania. Proszę mi wybaczyć jeżeli przekroczyłam granicę i włączyłam panią do grona moich przyjaciół i jednocześnie proszę mi napisać, czy odpowiada pani taki sposób pisania mojej książki, jeżeli nie, to jestem pewna, że wypracujemy z czasem inny odpowiadający nam obu sposób współpracy. No i proszę, zaczęło się od sielankowo rodzinnej atmosfery, a skończyło się na uprzejmym piśmie urzędowym.

Ps. Zgodnie z pani sugestią piszę jak czuję, a pani napisze jak trzeba.

Pozdrawiam Halina

Znalezione obrazy dla zapytania zdjęcie owoce wiśni

niedziela, 8 maja 2016

Anielska Terapia (fragment II )

         Ubrałam piżamkę w moim pingwinem. W tym momencie przypomniałam sobie o nieodpakowanym prezencie od Adama, który do tej pory leży na komodzie. Usiadłam na łóżku i patrzyłam na ten pięknie opakowany prezent ze strachem, jakbym miała zaraz otworzyć Puszkę Pandory.

No, dobra. Po co ten strach – powiedziałam do siebie by dodać sobie otuchy. Ostrożnie zdjęłam opakowanie i moim oczom ukazało się piękne pudełeczko w którym zwykle chowa się biżuterię. A więc miałam rację - drogi i na pewno gustowny prezent jest w tym pudełeczku. Dlaczego więc go nie potrafię otworzyć? Alicja nie bądź tchórzem – powiedziałam do siebie i otworzyłam...

Moje oczy ujrzały najpiękniejszy klejnot jaki można sobie wymarzyć. Motyl z białego złota z wieloma pięknymi brylancikami na delikatnych skrzydełkach. To nie był taki zwykły motyl. Widziałam go w Paryżu podczas naszej podróży poślubnej. Zachwycił mnie wtedy i pamiętam jak Adam złożył mi obietnicę: „Dobrze go zapamiętaj, kupię Ci go kochanie jak już będzie nas na to stać, bo jesteś tego warta”. Byliśmy biedni jak myszy kościelne, a wszystko co mieliśmy to siebie wzajemnie i naszą miłość. Podróż zafundowali nam jego rodzice. Adam nie chciał przyjąć tego prezentu, bo źle mu się układało z ojcem. Przyjął go tylko dlatego, że ja chciałam tam bardzo pojechać. Mieszkaliśmy w małym romantycznym hoteliku i kochaliśmy się jak wariaci. 

Wzięłam do ręki to cudo i nie mogłam uwierzyć, że on o tym przyrzeczeniu pamiętał. Na dnie tego pudełeczka znalazłam list, krótki ale słowa trafiły prosto w moje serce i zadały mi ból, którego się nie spodziewałam.
„Ja dotrzymałem słowa, lecz Ty o swoim przyrzeczeniu chyba zapomniałaś. Wiem, że nie wszystko mam się udało ale wierzę w to, że jeżeli dasz nam szansę odnajdziemy drogę do naszego szczęścia. Proszę zrób to dla nas. Przecież się wtedy tak bardzo kochaliśmy”.

Płakałam już na dobre kiedy przypomniałam sobie co mu wtedy powiedziałam przed tym ekskluzywnym sklepem jubilerskim: „Kocham Cię biednego i będę kochać bogatego. Wierzę w Ciebie i wiem, że kiedyś kupisz mi tego motyla, a ja cierpliwie na to poczekam, bo moja miłość jest tak wielka jak ten cenny klejnot”.

Boże dlaczego on mi to robi – załkałam do poduszki. Co się z nami stało, dlaczego ja muszę przez to znowu przechodzić.
Skulona zasnęłam z broszką w ręku. Śnił mi się Paryż tamtego lata. Śniło mi się miasto, pełne obcych ludzi. Bardzo chciałam nas tam zobaczyć, ale nic z tego.

Kiedy rano obudziłam się obolała z podkrążonymi oczami poczułam, że muszę coś zrobić z tym chaosem w moim życiu.  






































   



                    

sobota, 2 kwietnia 2016

Anielska Terapia (fragment)

Kiedy Marianna zobaczyła w holu Paulinę i Tymoteusza od razu wiedziała, że będą kłopoty. Jednak nigdy, przenigdy nie przypuszczała, jak to co od nich usłyszy, zmieni jej życie.

Co się stało – prawie krzyknęła z nadmiaru emocji, których dzisiaj doświadczyła.
Ja nie mam z tym nic wspólnego, to był jego pomysł – przestraszona Paulina na wszelki wypadek zaczęła się usprawiedliwiać. Daj spokój, przerwał jej Tymoteusz. Sprawa jest nie cierpiąca zwłoki więc jesteśmy. Marianna rozglądała się za wygodnym miejscem by mogli spokojnie porozmawiać. Z pomocą przyszła jej Beata. Zapraszam na kolację, kuchnia jest jeszcze czynna. Państwo zostawią dowody osobiste, a ja w tym czasie was zamelduje. Jest jeszcze na szczęście jeden wolny apartament, mogę państwu zaproponować zniżkę i...

Paulina przerwała jej w połowie zdania – Ja proszę dwa oddzielne pokoje.
Ale ja nie dysponuję dwoma wolnymi pokojami – tłumaczyła się recepcjonistka.
Nie bądź dzieckiem – przerwała jej szefowa. Proszę o ten apartament, a my pójdziemy do restauracji  Pomimo to, że Paulina nie miała ochoty nocować z kolegą, musiała się na to zgodzić. Jest noc i żadnego hotelu w pobliżu. Mus to mus. Nie chodziło o to, że Tymoteusz jest dla niej uciążliwym sublokatorem, a wręcz przeciwnie. Bała się ulec jego niewątpliwemu urokowi. No ale jeżeli sama szefowa nie widzi w tym nic niestosownego to pozostało jej się na to wspólne mieszkanie zgodzić.

Kiedy załatwili niezbędne formalności, Marianna zaprosiła ich do restauracji.
Usiedli w spokojnym miejscu, z dala od nielicznych gości restauracji. Marianna zamówiła kolację dla tych dwojga i czekała na złe wiadomości. Oboje jedli wolno w milczeniu, a ona piła smaczną, zieloną herbatę z dodatkiem domowego soku malinowego. Słodka rozkosz i wspomnienie lata jakoś uspokoiło jej zmysły. Była gotowa na hiobowe wieści.
Tymoteusz uspokoił Paulinę informując ją,  że to on wszystko wyjaśni. Przyjęła jego deklarację z wielką ulgą.

Czuję się w obowiązku poinformować panią – przerwała mu w połowie zdania – daj spokój z tą panią czy szefową. Jesteśmy tu nieoficjalnie i oboje poza pracą zwracajcie się do mnie po imieniu. Kiwnął głową na znak zgody i kontynuował – Powiem to wprost: twój mąż ma zamiar sprzedać waszą firmę i uprzedzam twoje pytanie, mam na to niezbite dowody. Marianna siedziała jakiś czas w osłupieniu, potem poprosiła owe dowody i nadal nic nie mówiąc, przeczytała z należytą uwagą papiery przygotowane dla niej przez prawnika. Paulina znowu truchlała ze strachu,  natomiast Tymoteusz wydawał się być z siebie zadowolony. Przejrzała te dokumenty jeszcze raz i uświadomiła sobie, że to jest możliwe, a nawet wysoce prawdopodobne. Może stracić swoją firmę.

Kiedy zakładaliśmy firmę – Matylda poczuła potrzebę wygadania się, co się u niej raczej rzadko zdarzało -   uznaliśmy wspólnie, że każde z nas może dokonać zakupów i sprzedaży składając swój podpis na dokumencie. Drugi podpis nie jest konieczny nawet w przypadku likwidacji firmy czy konta służbowego lub osobistego. Byliśmy zakochani, młodzi i ufaliśmy sobie bez granic,  a ten absurdalny zapis miał być tego dowodem. Przez tyle lat nie przyszło mi do głowy by ten zapis zmienić. Wszystkiego bym się mogła spodziewać po moim mężu ale nie tego, że mógłby mnie pozbawić czegoś, co zbudowałam od podstaw i kochałam nade wszystko. Moja firma, była moim dzieckiem. Ja ją stworzyłam i ja o nią dbałam.
Ogarnęła ją wściekłość, wręcz furia. Gdyby nie była w miejscu publicznym pewnie klęłaby jak szewc. Jutro rano wracamy do domu. Ja mu tego nie daruję!  Puszczę go z torbami, ukatrupię drania jak będzie taka potrzeba. Takiej zdrady to nawet ja bym się nie spodziewała. No, głupia ze mnie baba, głupia jak but. Jak można być taką głupią, zaślepioną babą. No tak, pycha mnie zaślepiła, moje EGO mnie zgubiło. Myślałam że świat do mnie należy…

Przepraszam, że się wtrącam ale ja myślę, że pani... to znaczy -  ty, jesteś mądrą kobietą, którą niestety przechytrzył facet – Paulina zabrała głos i zupełnie zaskoczyła szefową jak i Tymoteusza – ja coś o tym wiem. Spuściła oczy i spłonęła rumieńcem.
Przepraszam że się wtrącam – kontynuowała -  ale mnie tak załatwił mój partner życiowy, że zostałam bez domu, samochodu i z ratą kredytu, która pochłaniała połowę moich dochodów. A zarabiam całkiem okrągłą sumkę. Niby uchodzę za bystrą i twardą kobietę, a dałam się podejść jak dziecko. Teraz mieszkam u rodziców, a z facetów wyleczyłam się chyba na całe życie. Przepraszam, że ci przerwałam, ale złość mnie taka ogarnęła – Paulina na te wspomnienia oblała się rumieńcem. Ja sama jeszcze nie mogę w to uwierzyć. Z całym szacunkiem do twojego męża, ale myślałam, że on jest chodzącą uczciwością i kocha cię ponad wszystko, a wyszedł na pospolitego dupka. Żeby nie było - jak się okaże, że to jest nieprawda z przyjemnością wszystko odszczekam. Ja się jeszcze tak nigdy nie pomyliłam, pomijając mojego byłego faceta. Miłość jest jednak ślepa – spuentowała Paulina.
Tymoteusz tak patrzył na Paulinę, jakby w tej chwili zakochał się w niej na zabój, ale ona w ogóle tego nie dostrzegła. Nie uszło to jednak bystremu oku Marianny. Normalnie wściekłaby się na nich, ale ku swojemu zdziwieniu ucieszyła się z faktu, że tych dwoje mogłoby tworzyć parę.

Może ja już nie potrafię kochać? Może Karol poczuł się niekochany?  Może poznał kogoś, kto namieszał mu w głowie? – pomyślała, ale zaraz potem powiedziała sama do siebie – Boże, co ja robię? Oczyszczam go z zarzutów, tak jak robią to matki, które usprawiedliwiają swoje zdemoralizowane dziecko przed wymiarem sprawiedliwości!
Kończcie to biesiadowanie bo muszę się napić – złożyła dokumenty, zamknęła teczkę i wstała nie czekając, aż oni skończą jeść. Żadne z nich nie miało jednak ochoty na jedzenie więc chętnie wstali od stołu.
Przeszli do baru z zamiarem upicia się, bo na trzeźwo żadne z nich tego nie mogło ogarnąć. Ale nawet alkohol im nie smakował i wypiwszy po jednym drinku udali się do swoich pokoi. Pożegnali się krótkim dobranoc i obietnicą, że jutro wymyślą coś, co uniemożliwi Karolowi sfinalizowanie swojego potajemnego planu.

Marianna miotała się po swoim pokoju, nie miała jednak pojęcia co ma zrobić. Chciała wierzyć w to, że Karol jej nie oszukał, chciała cofnąć czas, chciała poczuć się jak niespełna tydzień temu. Wtedy jeszcze panowała nad sytuacją. Nigdy w  życiu nie wpadłaby na taki pomysł jak jej mąż. Chociaż w tajemnicy przed Karolem odkładała fundusze na tak zwaną czarną godzinę. Trochę się tego uzbierało, a Marianna zastanawiała się czy właśnie nie nadszedł ten czas, kiedy będzie musiała skorzystać z tego funduszu na czarną godzinę. Pieniądze odkładała, bo bała się widma bankructwa. Były więc na ewentualne potrzeby firmy, a teraz wykorzysta je by zapewnić sobie odpowiedni poziom dobrobytu do którego zdążyła już przywyknąć. Usiadła na krześle zupełnie wyczerpana i nagle ogarnął ją spokój. Oparła wygodnie głowę o wysokie oparcie, zamknęła oczy, położyła dłonie na kolanach i oddała się medytacji. Najpierw myśli szalały w jej głowie, ale ona niczego nie wymuszała. Niech płyną, mówiła do siebie i myśli płynęły. 

Całe życie przewijało się jej przed oczami. Nagle znalazła się na łące pełnej kwiatów, a obok niej biegł pies rasy Labrador, a ona bosymi stopami stąpała po rosie. Dosłownie czuła mokrą trawę i ciepłe poranne słońce. Spokój jaki ją ogarnął był nieziemski, taki jakiego nigdy jeszcze nie doznała. Szła łąką blisko lasu,  pies biegł przed nią. Wtem skierował się w stronę domu, który zobaczyła na skraju polany. Był to dom z bali, taki jaki budują górale. Ona sama się zatrzymała ale pies wracał po nią i znowu biegł naprzód w stronę domu. Im była bliżej domu tym wyraźniej widziała ludzi, którzy na nią czekali. Rozpoznała syna, który machał do niej przyjaźnie i drugiego mężczyznę, którego żadną miarą nie potrafiła rozpoznać. Jego postać zlewała się jakby była we mgle...

Nagle ocknęła się z tego letargu cała zdrętwiała i zmarznięta, była czwarta nad ranem. Położyła się do wygodnego łóżka by trochę się rozgrzać i odpłynęła w sen bez snu. Kiedy budzik zadzwonił była nieprzytomna. Spojrzała z niedowierzaniem na zegarek. Zwlekła się z posłania i udała się do łazienki. W lustrze zobaczyła zmęczoną kobietę w dojrzałym wieku. Oczy podkrążone, cera blada i włosy w takim nieładzie, jakby całą noc rzucała się w łóżku z boku na bok. Kobieto ogarnij się – powiedziała do siebie, a w zasadzie do swojego odbicia w lustrze. Ja ci jeszcze pokażę gdzie raki zimują, ty niewierny palancie! I ta myśl dodała jej energii do działania. Plan na dzisiaj to: zebrać się na medytację, a potem przetrwać dzień tak by nikt poza Patrycją i Tymoteuszem nie zorientował się, że ona ma poważne kłopoty. Takie wyzwania już pokonywała nie raz, więc i teraz sobie poradzi. W nowym dresie, odświeżona, pachnąca, ze sztucznym uśmiechem, który przykleiła sobie do twarzy, udała się na poranną medytację w ciszy.

Była pierwsza i w sali zastała tylko Alicję. Dzień dobry -  powiedziała zbyt euforycznie
Dzień dobry – padła odpowiedź, a wnikliwe spojrzenie jej mistrzyni aż ją zmroziło.
Chciałabyś pogadać – zapytała Alicja, tak jakoś zwyczajnie, bez narzucania się. Nie, dziękuję – padła odpowiedź, ale Marianna musiała się pilnować by nie powiedzieć ani jednego słowa za dużo. Usiadła na swoim miejscu w pierwszym rzędzie na rozłożonej już macie. Na szczęście zaczęli dochodzić inni kursanci i zrobiło się w miarę gwarno. Ponieważ Marianna nie wdawała się dotąd w dyskusję z innymi uczestnikami Anielskiej terapii więc nikt nie zaczepiał jej i nie pytał jak się czuje. Sama nie wiedziała czy się z tego powodu cieszyć czy wręcz przeciwnie. Poczuła się taka samotna wśród tylu ludzi.

Dana wśliznęła się do sali i tak jak zwykle ułożyła się na macie w ostatnim rzędzie. Zobaczyła Mariannę siedząca na swojej macie i poczuła strach, że będzie musiała wytłumaczyć się przyjaciółce z wczorajszego pijackiego wieczoru. Teraz zamknęła oczy i natychmiast odpłynęła w błogi sen. Basia i Wiesiek usiedli na swoich matach. On zadowolony, że przetrwał długi tydzień medytacji, a ona wyciszona i gotowa na dalsze wyzwania. Łucja wypatrywała Zuzy i tak się usadowiła ze swoją matą by ją do siebie przywołać. Na wszelki wypadek postanowiła trzymać się blisko tej młodej zagubionej dziewczyny. Zofia siedziała obok Łukasza i z uśmiechem na twarzy słuchała jego kolejnego dowcipu. Stali się nie rozłączni i wszyscy razem z nimi samymi już to zaakceptowali. 

Jakub z upodobaniem siadał koło Joanny. Ją to trochę peszyło, bo przecież jest mężatką z dwójką dzieci więc co może od niej chcieć ten interesujący mężczyzna. Postanowiła, że dzisiaj z nim o tym porozmawia, tak na wszelki wypadek gdyby on miał jednak jakieś plany względem jej osoby. Wiola i Arleta wypatrywały Zuzy lecz z zupełnie innych powodów niż Łucja. Po prostu postanowiły trzymać się od niej z daleka, bo nowa koleżanka wyraźnie do nich nie pasowała. Jakaś taka pokręcona jest - tak wyraziła się o niej Wiola. One dwie już dawno wytyczyły sobie cel, a tutaj miały nadzieję wprowadzić go w życie. Każda z nich miała nadzieję znaleźć receptę na lepsze życie. W ostateczności dowiedzieć się jak to zrobić by takie przyciągnąć do siebie. Obie ciężko pracowały na swoje utrzymanie i obie mogły od zawsze na sobie polegać. Kiedy zaraz po maturze wyjechały do Holandii do pracy były pełne energii i chęci do działania. Miało to być zajęcie na parę miesięcy a zrobiło się na parę lat. Były jeszcze młode i piękne ale ciężka praca i przygodni partnerzy już je nie interesowały. Obie chciały się ustatkować. Lecz chcieć, a móc -  to dwie różne sprawy. Na razie jednak były rozczarowane tym leżeniem i nic nie robieniem. Interesujących mężczyzn jest tu jak na lekarstwo, a jak są, to z reguły już zajęci. Nie mają nic lepszego do roboty wylegują się już tydzień na matach. 

Wiola wypoczęła i już się rwie do pracy, Arleta jest od wczoraj zauroczona młodym mężczyzną, którego na jeden moment zobaczyła w recepcji. Jeszcze o tym nie rozmawiała z przyjaciółką, ale nie może zapomnieć o tym zjawiskowym facecie. Ciemna karnacja, ciemne oczy i budowa siłacza. Arleta lubi takich mężczyzn o posturze niedźwiedzia, a raczej misia. Sama jest szczupła i niewysoka. Niedawno przefarbowała włosy na kruczoczarny bo znudziły ją już żarty na temat blondynek. Jest mistrzynią makijażu i właścicielką cudownego uśmiechu. Wiola jest wysoka i szczupła są więc zupełnie różne i to je może zbliżyło do siebie, ta odmienność. Arleta prostolinijna, bezpośrednia i szczera do bólu. Wiola skryta, o ciętym języku, wychwytuje w lot podstęp i niecne zamiary. Ciągle ostrzega przyjaciółkę przed całym złem tego świata. Obie są bardzo ładne, ale Arleta ma więcej uroku osobistego i seksapilu. Wiola jest mocno stąpająca po ziemi. Teraz obie grzecznie leżą na swoich matach i czekają na sygnał do medytacji. Zuza wpadła do sali jako ostatnia. Rozejrzała się bo miała nadzieję położyć się obok nowo poznanych koleżanek. Ale Łucja machała już do niej zapraszająco więc nie wypadało jej odmówić. Usiadła obok niej, dziękując za rozłożenie maty. Tak naprawdę to nadgorliwość niektórych osób naprawdę ją denerwowała, ale jak zwykle nie dała tego po sobie poznać.

Proszę przyjąć dogodną pozycję do medytacji i wsłuchać się w bicie swojego serca – powiedziała Alicja siadając w pozycji lotosu. Uruchomiła pilotem odtwarzacz z muzyką relaksacyjną i nim zamknęła oczy zauważyła, że większość osób siedzi w wygodnej pozycji. Tylko nieliczni leżą. Zamknęła oczy jako ostatnia, bo prawie wszyscy zrobili to tuż przed tym jak włączyła muzykę. Alicja ucieszyła się bo to by oznaczało, że prawie wszyscy wypracowali już w sobie odpowiednie nawyki.
Marianna poczuła ulgę jak tylko zamknęła oczy. Znowu znalazła się na ukwieconej łące w jakimś nieznanym ale cudownym miejscu. Zobaczyła ten dom i ludzi, którzy przed nim stali. Tym razem poczuła że zna już przesłanie, które niesie ze sobą ten przekaz. Rozpocznie nowe lepsze życie. Poszuka swojego miejsca na ziemi. Może Karol zrobił jej po prostu przysługę?

Kiedy o nim pomyślała cała złość jaką do niego czuła po prostu zniknęła. Jestem wolna...o mało nie wyrwało się jej z piersi. Jestem wolna…cichutko powtórzyła. Kiedy muzyka ucichła,  Marianna otworzyła oczy, uśmiechnęła się do siebie, wstała i podeszła do Alicji.
Dziękuję za wszystko – powiedziała na tyle głośno, by inni to usłyszeli. Po czym wyszła z sali nie czekając na jej odpowiedź. Alicja poczuła radość, bo czegoś takiego nie spodziewała się po Mariannie. Reszta osób zaczęła bić brawa w dowód uznania i to dla Alicji było najcudowniejsze uczucie. Radość z tego, że jej praca nie poszła na marne. Pomogła właśnie jednej osobie, a to jest bezcenne doświadczenie.



  


                                                 


wtorek, 22 marca 2016

Przesłanie Archanioła Jofiela

Na stryszku było całkiem przyjemnie, cicho i spokojnie. Krysia schowała się tam przed Olkiem,  swoim starszym bratem z którym bawiła się w chowanego.
Kucnęła za skrzynią i wpatrzyła się w światło bijące z dachowego okna. Miliony drobnych pyłków zjeżdżało po strumyku światła jak po zjeżdżalni w Aquaparku. Krysia przyglądała się im w zachwycie. Na dole słyszała nawoływanie starszego brata. Olek nie na żarty się przestraszył bo zbyt długo nie mógł znaleźć siostry. Dziewczynka miała właśnie opuścić kryjówkę, kiedy jej uwagę przykuł barwny motyl.

Witaj motylku – szepnęła dziewczynka.
Witaj Krysiu – odpowiedział motyl.
Skąd znasz moje imię? - zapytała mała mądrala. Właśnie się zastanawiała czy może rozmawiać z obcym, mama ją przed tym ostrzegała. Ale motylek był taki miły, kolorowy i taki maleńki.
Znam wszystkich domowników – odparł motylek.
A jak masz na imię? – zapytała.
Pastelek – odparł motylek
Ślicznie – zachwyciła się Krysia.
Co robisz na strychu i dlaczego nie latasz w ogrodzie, albo łące wśród kwiatów?.
Strzegę skarbów ukrytych w tych skrzyniach - odparł motyl.
Dziewczynka z zainteresowaniem słuchała motylka i całkiem zapomniała o tym, że zbyt długo przebywała na strychu.
Jeżeli zechcesz - pokażę ci te skarby, tylko innym razem. Teraz wróć do swojej mamy. Kiedy przyjdziesz tu jutro pokażę ci coś cennego, ukrytego od lat w tych pięknych skrzyniach.

Dziewczynka posłusznie zeszła na dół i opowiedziała mamie gdzie była i co zobaczyła. Mama wysłuchała opowiadanie małej córeczki o motylku na strychu i skarbach schowanych w tajemniczych skrzyniach. Pomyślała z pobłażaniem, że dziewczynka ma bujną wyobraźnię, ale żeby nie robić przykrości dziecku wysłuchała opowiadania do końca.
Jutro pójdziemy razem na stryszek i zrobimy tam porządek – powiedziała mama ku radości swojej małej córeczki.
To będzie moje królestwo – klasnęła dziewczynka w malutkie dłonie i z wrażenia nie mogła zasnąć w swoim łóżeczku. Ciągle myślała o małym Pastelku i jego tajemniczym świecie na małym stryszku. 
Cześć siostra – Olek zajrzał do niej kiedy już zasypiała – więcej mnie nie strasz i nie chowaj się na tak długo.
Dobrze – szepnęła i zamknęła oczy. Nie powiem mu o motylku.To będzie moja dziewczęca tajemnica.

Rano zaopatrzone w miotełkę do kurzu, wiaderko z wodą i inne potrzebne rzeczy  do sprzątania poszły z mamą na stryszek, ale nie było tam Pastelka. Mama ułożyła pod jedną ścianą pudełka, kuferki i pudła na kapelusze. Wyjęła z głębi strychu stojące lustro, maleńki stolik i trzy krzesełka na biegunach na wypadek gdyby Krysia zaprosiła gości. Umyła dwa małe okienka przez które światło słoneczne dostało się do małego stryszku i zrobiło się tam całkiem przytulnie. Kiedy podłoga została umyta, a skrzynie odkurzone, porządek zapanował na stryszku. Mama wróciła do swoich obowiązków, a Krysia usiadła w bujanym fotelu w oczekiwaniu na motylka. Zasnęła znużona, a kiedy się obudziła na drugim krzesełku bujała się piękna mała dziewczynka, która miała skrzydełka jak u motylka. Pastylek siedział na oparciu krzesła i patrzył w czujne oczy Krysi. Nic się nie martw. To jest twój Anioł Stróż, tak jak ty, mała dziewczynka. Możesz się z nią bawić i rozmawiać, pytać się o wszystko i radzić się w każdej sprawie.
Ale ja jej nie znam – szepnęła Krystynka tak wprost w uszko małego motylka.
Nie bój się to jest twoja najwierniejsza przyjaciółka i najlepszy twój towarzysz zabaw.
Mam na imię Anioł – przedstawiła się grzecznie i lekkim dygnięciem pokazała, że jest dobrze wychowana.
A ja, Krysia – powiedziała dziewczynka.
Co będziemy robić? - Dziewczynka zapytała aniołka.
Pokażę ci skarby, które są tu od dawna i ochoczo ruszyła w kierunku pierwszej skrzyni z malowanym wiekiem. Kiedyś była piękna i należała do prababki twojej mamy Marianny. 

Otworzyły wieczko wspólnymi siłami. Oczom dziewczynek ukazały się zabawki:  lalka ze szmatki z porcelanową buzią w nieco wyblakłej sukience,  strugany konik drewniany i małe lusterko, które straciło dawny blask. Kolorowe rysunki wykonane na okrągłych deseczkach i małe figurki ptaszków z odpustu. Kilka bransoletek z drewnianych kulek i mały pierścionek. Sukienka z koronki tak delikatna, że nie próbowały jej nawet dotknąć. Mały tomik wierszy i naszyjnik ze zdjęciem młodego chłopaka. A to jest twoja babka – mówiąc Anioł podała Krysi wyblakłą fotografię młodej pięknej dziewczyny, której ona nigdy nie widziała.
I to są te skarby? – zapytała Krysia lekko zawiedziona.
Tak, to jest to co najcenniejsze  dla człowieka...jego własna historia zamknięta w drobnych przedmiotach codziennego użytku. To tak jakbyś była w innej epoce i bawiła się na strychu ze swoją prababką. Zamknęła skrzynię o malowanym wieku i poszła dalej ku innym skarbom. Kiedy uchyliła wieko kolejne skrzyni, prostej bez zdobień z solidnym zamkiem, zobaczyła lalki z gałganków uszyte czyjąś wprawną ręką, małego, wystruganego ptaszka i kilka żołnierzyków odlanych z ołowiu. Zobaczyła też czarno-białe zdjęcia małej dziewczynki na tle zburzonej stodoły. Obok były inne zdjęcie tej samej dziewczynki z pajdą chleba, którą zajadała smacznie z uśmiechem na twarzy. Te same płowe warkoczyki jak u małej Krystynki i nawet uśmiech ten sam, tylko trochę wyblakły jak to na starej fotografii. To twoja prababcia Sabina. Jesteś do niej bardzo podobna. Kolejny kufer był już otwarty i następne skarby ukazały się oczom dziewczynek. Wołanie mamy przerwało im zabawę. 
Krysiu chodź na kolację wszyscy już czekamy!  Cóż było robić. Dziewczynki pożegnały się, a motylek poleciał oglądać świat przez uchylone dachowe okienko.

Kiedy usłyszałam polecenie:  Wyjdź na strych schodami, po drabinie - zrobiło mi się słabo. Kolano bolało mnie dzisiaj bardziej niż zwykle. Kiedy dotarły do mnie kolejne słowa  -  może być winda lub inny dowolny sposób -  stałam już na ruchomych schodach.
Kiedy wjeżdżałam po tych ruchomych schodach, wejście na strych wydawało mi się dziwnie znajome. Otworzyłam drewniane drzwi i weszłam, a w zasadzie wyjechałam na zakurzony stryszek. Rozejrzałam się wokoło. Mało światła wpadało przez dwa małe zabrudzone okienka, ale samo pomieszczenie było uporządkowane, tylko nieco zakurzone. Usłyszałam miły damski głos, który wydawał polecenia…Wysprzątaj wnętrze. Zabrałam się ochoczo do pracy. Umyłam okna, odkurzyłam cztery stare piękne skrzynie. Przetarłam lustro, owalne w drewnianej oprawie, takie romantyczne jak z rodzinnego zdjęcia z czasów kiedy moja prababcia była młodą dziewczyną. 

Szybko się uwinęłam z robotą i usiadłam na bujanym fotelu przy okrągłym stoliku i wtedy zobaczyłam siedzącego obok mnie Anioła Stróża, który poklepywał mnie po ramieniu i zapewniał, ze wszystko będzie dobrze. Spokojnie siedziałam i czekałam na dalszy przebieg wydarzeń. Kobiecy łagodny głos wydawał kolejne dyspozycje...poproś, by twój Anioł Stróż podał Ci swoje imię. Spojrzałam pytająco na mojego Anioła, a on wzruszył tylko ramionami i skromnie powiedział - ja jestem Twoim Aniołem i niech tak pozostanie, ale jest tu ktoś jeszcze kto chce ci się przedstawić. Po tych słowach wstał ze swojego krzesła, odsłaniając mi drugiego Anioła. Trochę się przestraszyłam, ale Mój Anioł znowu położył mi rękę na ramieniu i zapewnił kolejny raz, że wszystko jest w porządku i, że oto przedstawia mi Archanioła, który przyniósł dla mnie przesłanie. 

Jestem Jofiel -  powiedział do mnie i wstał z miejsca, gdzie światła było mało. Podszedł do okna i wtedy właśnie zobaczyłam jego świetlistą postać. Mieniła się ona tysiącem kolorów, jakby kryształ górski oświetlił promień słońca tak piękny, że mienił się kolorami tęczy. Jofiel podszedł do skrzyń i począł je otwierać, jedną po drugiej, a ja widziałam w nich zwyczajne przedmioty domowego użytku, nadszarpnięte zębem czasu. Stare fotografie, zabawki, biżuterię z innej epoki. Przed czwartym kufrem, niezwykle pięknym, Jofiel zatrzymał się dłużej, po czym podniósł wieko i moje oczy zobaczyły puste wnętrze. Kobiecy głos wydawał koleje polecenia, które co prawda do mnie docierały lecz znaczenia słów nie byłam w stanie zrozumieć. Jofiel pokazał dłonią na skrzynię i rzekł: To jest twoje przeznaczenie. Nie mogłam zrozumieć sensu tych słów bo przecież kufer był pusty. Mój Anioł znowu dodał mi otuchy mówiąc: Niczego się nie bój. Nie bałam się ale dalej niczego nie pojmowałam. 

Kiedy tak stałam nad pustym kufrem, kobiecy głos z zewnątrz docierał już do mnie wyraźniej, wydając kolejne polecenie aby pożegnać się ze swoim Aniołem. Ukłoniłam się, a oni obaj - Mój Anioł i Jofiel zostali na stryszku, jakby mieli tam coś jeszcze do załatwienia. Otworzyłam drewniane drzwi i już jechałam na dół ruchomymi schodami,  by po chwili otworzyć oczy i wrócić do mojej rzeczywistości. Cały dzień myślałam nad przesłaniem, który podczas tej wizualizacji zwanej spotkanie z Aniołem Stróżem, otrzymałam. Nie dostałam odpowiedzi ani tego dnia, ani następnego więc postanowiłam odpuścić i nie zastanawiać się dłużej nad tym przesłaniem. Wiem z doświadczenia, że odpowiedź przyjdzie na zadane pytanie w najmniej spodziewanym momencie.

I przyszła. Jak migawki z filmu, kadr po kadrze docierała do mnie prawda, która zawsze mnie bolała. Odkrywałam swoje korzenie, więzi z kobietami mojego rodu. Spuścizna rodowa spoczywała w skrzyniach, wiano które pozostawiła moja baka, prababka i jej matka. Zwyczajne rzeczy, których nikt wcześniej mi nie pokazał. Archanioł Jofiel zrobił to, co powinna zrobić, a nie zrobiła z niewiadomego mi powodu, moja Mama. Usiadłam wtedy w kuchni przy stole i zrozumiałam, że dostałam największy skarb na świecie - miłość, opiekę i tradycję, którą przez lata gromadziły kobiety z mojego rodu.

Krysiu, co się stało. Dlaczego siedzisz tu taka zamyślona? -  zapytała moja mama, siwiuteńka kobieta, która dała mi życie ale nie przekazała mi tego co najważniejsze w życiu - Tradycji Rodzinnej. Wtedy zrozumiałam, że nie musiała tego robić, bo Mój Anioł Stróż już dawno temu to zrobił to na stryszku razem z motylkiem Pastelkiem i od tego czasu obaj mi towarzyszą. Archanioł Jofiel pojawił się niedawno by mi uświadomić, że własną historię mogę stworzyć sama i nie muszę zamykać jej w kufrze na strychu, bo mam ją komu przekazać. Są przecież na świecie kolejne kobiety Mojego Rodu, którym mogę podarować wszystko to, czego nauczyło mnie życie.









sobota, 5 marca 2016

Anioły w Gadziokarni

Pisząc rano na moim profilu informację: Jadę na spotkanie ze swoim Aniołem...nie wiedziałam, że tak będzie dosłownie.

Gadziokarnia to miejsce urokliwe i idealnie nadające się do tego typu spotkań. Gospodyni przyjazna, uśmiechnięta i troskliwa. Na stoliku obok kominka kawa, herbatka i domowe, owocowe ciasto pod kruszonką, którego niestety nie spróbowałam, bo pochłonęła mnie bez reszty niezwykła aura tego miejsca. W piękne historie pani Marioli Gardyańczyk opowiadającej o aniołach obecnych w naszym życiu, raz po raz wplatało się urocze gaworzenie najmłodszej uczestniczki, kilkumiesięcznej dziewczynki…prześlicznego aniołka. Obie z mamą tworzyły zgrany duet. Swoboda z jaką zachowywała się ta mała istotka, świadczyła o tym, że nie rozstaje się ze swoją mamą i wyjątkowo dobrze czuje się w anielskich klimatach. Nasunęła mi się taka refleksja, że dziecko nie jest żadną przeszkodą w spełnianiu swoich marzeń.

Pani Mariola swoim anielskim głosem opowiadała nam o Aniołach tak, jak mówi się o swoich dobrych przyjaciołach. Podawała wiele przykładów, jak można rozpoznać i zaprosić do swojego życia anielskich pomocników, by żyło nam się lepiej, spokojniej i bez strachu. Sama nie wiem, jak w tak krótkim czasie udało jej się przybliżyć tak obszerny temat i jeszcze przeprowadzić wizualizację, której celem było poznanie i zaproszenie do swojego życia Anioła Stróża. To w końcu nasz osobisty pomocnik, który nie opuszcza nas na krok.

Wsłuchana w relaksującą muzykę i ciepły głos pani Marioli, przeniosłam się do innego wymiaru, który sama sobie wygenerowałam w swoim umyśle, naprowadzana jedynie  delikatną sugestią prowadzącej. Przyznam szczerze, że zaskoczyła mnie ta moja projekcja i  spotkanie z Aniołem...Mój Anioł Stróż, towarzyszył mi w spotkaniu, które wiele zmieni w moim życiu. Wyjaśniam, że na lepsze by nie rozsiewać niepotrzebnie niepokoju. Moja wdzięczność wprost nie ma granic. Wdzięczność, że pojechałam na to spotkanie, dzięki któremu mogłam doświadczyć tej niezwykłej wizji.

Dużą radość sprawiła mi też twórcza praca. Wszyscy z radością i kreatywnością tworzyliśmy własnego Anioła, oczywiście każdy stosownie do własnej wyobraźni. Tak wiele pięknych aniołów, skupionych w jednym miejscu, przyznam szczerze jeszcze nie widziałam. Miałam również  możliwość by opowiedzieć o mojej książce i o Aniołach, które są w moim życiu od zawsze.
Dziękuję za ludzi, których dzisiaj poznałam oraz anielski przekaz, który otrzymałam. Cudownie było spotkać się ze swoim Aniołem. A może tych aniołów było więcej?

…I ja tam byłam, i herbatkę piłam, a co widziałam - to wam opowiedziałam.