wtorek, 5 września 2017

SCHEDA (4)

Zosia bardzo wcześnie rano wyruszyła w sentymentalną podróż do przeszłości. Wyszła z domu cichutko, by nie budzić Tereni. Postanowiła w pierwszej kolejności pojechać do Wary i tam odszukać dom babki albo może tylko to, co z niego po latach zostało. Potem miała zamiar odwiedzić swoje dwie kuzynki, których nie widziała od dzieciństwa. Roma i Wera już kilka razy próbowały zaprosić ją do siebie, ale tym razem to była jej inicjatywa, bo postanowiła już nie uciekać przed wspomnieniami i ze spokojem zmierzyć się z przeszłością.
Nie była tu od dwudziestu lat i zdawała sobie sprawę z tego, że będzie trudno po latach odnaleźć schedę, która została jej po przodkach. Dom, który należał do jej prababki, potem babki, teraz jest jej. Nie prosiła się o taki „prezent”, ale ponieważ jej matka zmarła wcześniej niż babka, to ona stała się dziedziczką.
Jechała wolno, podziwiając piękną przyrodę i nowe zabudowy, które zupełnie zmieniły wygląd tutejszej wsi. Kiedyś były to malutkie drewniane domki w znakomitej większości mające swoją świetność już dawno za sobą. Teraz na ich miejscu stanęły nowe murowane domy otoczone zadbanymi ogrodami. Widać i tutaj zawitała cywilizacja. Zostawiła samochód na poboczu drogi koło małej kapliczki, która stała na tym samym miejscu chyba od stu lat. Dalej postanowiła iść pieszo, chociaż do domu babki był jeszcze spory kawał przez łąki, a potem leśną stromą dróżką na dość wysokie wzniesienie. Przypomniała sobie, jak trudna to była wyprawa i że z tego właśnie powodu mieszkańcy małego domku pod lasem niechętnie wybierali się do wsi. Zosia zawsze czuła tę izolację od reszty świata, którą babka w świadomy sposób pielęgnowała. Dobrze się czuła z dala od ludzi, a blisko Matki Natury, która przed nią odkryła chyba wszystkie tajemnice.
– Pięknie tu – powiedziała do siebie, rozglądając się wokoło.
W tej materii też nic się nie zmieniło. Zawsze czuła zachwyt i jednocześnie respekt do tego, co stworzył Bóg. Bo któż inny zadałby sobie tyle trudu, by ozdobić łąki takim pięknym, różnorodnym kwieciem? Kto zadbałby o las pełen drogocennego runa i łownej zwierzyny, które pozwalały na przestrzeni wieków przetrwać ludziom z dala od cywilizacji?
Trudy wędrówki zaczęły dawać się jej w znaki, więc postanowiła zrobić sobie przerwę. Usiadła na zwalonym pniu, wyjęła z plecaka butelkę wody i czekoladowy batonik. Włożyła na głowę czapkę z daszkiem, bo słonko grzało już dość mocno.
– No i co dalej zrobić z tą schedą zapomnianą przez Boga i ludzi? – kolejny raz zadała sobie to pytanie, bo nie wyobrażała sobie w dzisiejszych czasach mieszkać na takim odludziu. Kiedyś, dawno temu, kochała to miejsce, przecież była tu na swój sposób szczęśliwa, ale teraz po latach ona się zupełnie zmieniła, no i nie ma już babci Leokadii – szczęśliwego „ducha” tego domu.
Na samo sowo „duch” wzdrygnęła się nieco, bo często miała wrażenie, że babcia jest ciągle blisko niej. Może sama swoimi myślami przywoływała ją w swoich wspomnieniach, a czasami nawet swoje pytania kierowała wprost do niej, bo nikt nie potrafił rozwiać jej wątpliwości, z których wiele dręczyło ją do dziś, tak jak babcia. W trudnych sytuacjach zwracała się do Leokadii
– No, teraz, babciu, poradź mi, co zrobić. Przecież zawsze mówiłaś, że z każdej sytuacji jest wyjście, a ja go jakoś nie widzę. – Kiedy tak mówiła, po niedługim czasie rozwiązanie samo do niej przychodziło w postaci przypadkowo usłyszanej lub przeczytanej informacji, lub przy jakimś spotkaniu ktoś nagle ją oświecił.
Jeśli chodzi o dom, który był od dawna jej własnością, miała do niego jakiś sentyment. To dzięki niemu nauczyła się obcować z naturą i czuła się dobrze nawet w ekstremalnych warunkach. Radziła sobie w różnych trudnych sytuacjach lepiej niż jej przyjaciele. Wiedziała, jak zachować się podczas burzy, jak unikać kłopotów w razie przypadkowego spotkaną z dziką zwierzyną. Nigdy nie gubiła się nawet w nieznanym lesie, chociaż z uporem robiła to w gąszczu dróg miejskich i blokowisk. Jakby się nad tym zastanowić, zdecydowanie lepiej czuła się z dala od miejskiego zgiełku.
Dość długo siedziała i rozmyślała, ale jak to mówią, komu w drogę, temu czas. Tym bardziej, że warunki pogodowe diametralnie się zmieniły i wielka chmura zasłoniła słońce.
Zofia oceniła sytuację jako przejściowy, niegroźny kaprys pogodowy. Widocznie jej instynkt samozachowawczy zmienił się na tryb miejski, bo nie rozpoznała wyraźnych oznak na niebie zwiastujących burzę.
Burza w Bieszczadach i w Katowicach to zupełnie inna bajka.
Ostatni odcinek drogi biegła pomimo zmęczenia. Kiedy wreszcie zobaczyła komin domu, żywioł rozszalała się na dobre. Nigdy jeszcze tak się nie cieszyła się, że jest blisko domu. Z daleka oceniła sytuację i znalazła jedno miejsce, które mogło dać jej schronienie.
Domu już nie było, zawalony dach przygniótł go do ziemi, ale komin stał w najlepsze, przyciągając pioruny. Mała szopka opodal domu była zupełnie przytulna. Widocznie ktoś korzystał z niej przy wypasie owiec. Pozostało tylko do niej dotrzeć i mieć nadzieję, że jet otwarta, bo Zosia czuła już ogromne zmęczenie i nie dałaby rady z kolejną przeszkodą. Dopadła do drzwi zbitych z desek i pchnęła je całej siły, na szczęście ustąpiły, a ona w minutę znalazła się w bezpiecznym miejscu. Pioruny waliły gdzieś bardzo blisko, a niebo wyglądało jak wielka czarna płachta co rusz przerywana błyskawicami. Przerażona kobieta usiadła w kąciku na sianie, zdjęła przemoczone byty.
Nie jest źle – pomyślała, ale chyba w złą godzinę, bo piorun z wielką siłą trzasnął w komin, prześlizgując się po nim. Na szczęście to wyładowanie nie spowodowało pożaru. Zosia siedziała skulona zasłaniając oczy i uszy przed odgłosami burzy. Trwało to całą wieczność.
Chyba się zdrzemnęła, a kiedy się ocknęła, doznała przerażającego odkrycia. Na środku małej szopki stała wilczyca, szczerząc na nią zęby. Rozejrzała się przytomnie, żeby zobaczyć, jak ta dostała się do wnętrza, kiedy drzwi były zamknięte. Zauważyła prześwit słońca przy jednej ze ścian. To tamtędy weszła wilczyca, zrobiła podkop. A więc to Zosia wdarła się do jej domu, co zwiastowało kłopoty.
Kiedy kobieta przygotowywała się na najgorsze, spod siana wylazły dwa malutkie wilczki. Matka stanęła natychmiast przed nimi, zagarniając je w przeciwległy kąt, blisko zrobionego przez nią wyjścia. Wilczki bez słowa wydostały się przez otwór, a wilczyca spojrzała jeszcze raz w przerażone oczy kobiety i wycofała się za swoimi dziećmi.
– Boże, czy mi się to śniło? – krzyknęła gdzieś w przestrzeń.
Nie usłyszała odpowiedzi, więc uznała, że nawet gdyby to był tylko sen, to pora się obudzić i wracać do domu. Gdzie jest ten jej dom, sama już nie wiedziała. Kiedy wyszła na polanę, słońce świeciło z wielką mocą, jakby w ogóle nie było burzy. Rozejrzała się wokoło w obawie, że wilczyca czai się gdzieś w zaroślach, bała się, że nie odpuści tak łatwo i znowu się pojawi. Na oko było spokojnie, ale wiadomo nie od dziś, że dzikie zwierzęta potrafią znakomicie kamuflować się w swoim środowisku.
– Dobra, dobra, już sobie idę – krzyknęła gdzieś w przestrzeń i poszła tam, skąd przybyła.
Nie czuła się tu dobrze, widocznie zbyt dużo czasu już minęło. Teraz jest kobietą a nie zlęknionym dzieckiem, które szukało schronienia w opiekuńczych ramionach babci Leokadii. Ponieważ postanowiła zmienić swoje życie, udała się w tą podróż do korzeni, aby właśnie stąd rozpocząć wędrówkę w poszukiwaniu szczęścia. Teraz poczuła, że to nie był dobry pomysł. Ostrożnie stawiała stopy na wyboistej dróżce, mokra trawa utrudniała wędrówkę. Ostatni raz odwróciła się w stronę domu, by pożegnać się z przeszłością i to wystarczyło, by straciła panowanie nad swoim ciałem. Poślizgnęła się i runęła z całej siły na ziemię. Przeszył ją wielki ból promieniujący gdzieś od stopy. Zobaczyła przed oczami milion gwiazdek, a potem ogarnęła ją ciemność.

*

– Zosieńko, Zosiu! Ocknij się, kochana. – Słyszała jak przez mgłę, mogłaby przysiąc, że to był głos babci Leokadii.
Otworzyła oczy i zobaczyła babcię, która z troską pochylała się nad nią.
– Dzięki Bogu, że nic ci się nie stało – babcia załamywała ręce. – Jak zwykle gapa z ciebie, tyle razy ci powtarzałam, że trzeba być ostrożną.
– Babciu, czy ja umarłam?
– No co ty, chociaż trzeba przyznać, że niewiele brakowało. – Babcia głaskała ją troskliwie po włosach.
Zosia poczuła błogość i odpływała gdzieś w bezpieczną otchłań.
Kiedy ocknęła się ponownie, leżała na łóżku w domu babci. Słyszała, jak Leokadia krząta się przy kuchni. Przez uchylone drzwi ktoś wślizgnął się do ciemnego pokoju. Chciała się ruszyć, ale opatrunek na nodze skutecznie jej to utrudniał. Słyszała kroki i ktoś zatrzymał się przy jej łóżku. O mało nie zemdlała z przerażenia, po tym jak zobaczyła w ciemności dwa błyszczące ślepia. Kiedy jej oczy przyzwyczaiły się do ciemności, zaczęła rozpoznawać w tej zjawie niedawno widzianą wilczycę.
– Tutaj jesteś, Luna? – Babcia łagodnym głosem przywołała wilczycę do siebie.
– Skąd ona się tu wzięła? – Zofia wskazała na zwierzę.
– Można powiedzieć, że uratowała ci życie.
– To jednak nie żyję! Co będzie z moimi dziećmi? Co z moją kicią? – Targały nią pytania, majaczyła jak w gorączce.
– Zosiu, żyjesz, tylko masz złamaną nogę. Przyznam szczerze, że nie wygląda to dobrze, ale…
– Jestem w niebie?
– Zośka, skup się, do jasnej cholery! – babcia zaklęła i od razu spojrzała w niebo, jakby prosiła o rozgrzeszenie. – Żyjesz, tylko na moment zatrzymałaś się.
– Jak to, zatrzymałam się?
– No tak zwyczajnie, czasami się zdarza, jak ktoś mocno walnie się w głowę, albo przeżyje coś strasznego… – Zosia nie dała jej skończyć.
– Zaraz, zaraz. Przecież ty nie żyjesz, a wilki nie przyjaźnią się z ludźmi tak po prostu.
– Zawsze był z ciebie niedowiarek, ale teraz mnie naprawdę wkurzasz. Nie słyszałaś nigdy o duchach opiekuńczych? Wiele razy wyciągałam cię z opresji, strzegłam cię i teraz też tak robię, tylko w tej chwili jest trochę gorzej, bo straciłaś przytomność.
– Strzegłaś mnie? To gdzie byłaś, jak opuścił mnie ukochany? Kiedy straciłam pracę i sens życia – Zosia zalała się zupełnie rzeczywistymi łzami.
– Jaki tam ukochany, zwykły drań i tyle. Oszukiwał cię, kochana, a ja nie mogłam już na to patrzeć. Może trochę mu pomogłam podjąć decyzję, ale tylko trochę.
– Ty miałaś coś wspólnego z jego odejściem?
– Aż taka to nie jestem wszechmocna, ale nie powiem, ucieszyłam się, kiedy wpadł w ramiona kolejnej kochanki. On nie był ciebie wart i tyle. Z pracy sama się zwolniłaś, ale to akurat była dobra decyzja – babcia uśmiechnęła się do swoich myśli. – Nareszcie będziesz miała dość czasu, by zająć się czymś, co kochasz. No i wróciłaś na swoje miejsce w rodzinne strony, a ja będę mogła nareszcie odpocząć.
– Zaraz, chwileczkę. Ja jeszcze nie podjęłam decyzji o powrocie do Wary. Przyjechałam na jakiś czas, żeby zastanowić się, co robić dalej – wykłócała się z babką, która nie żyła od wielu lat.
To już jest znak, że ona jest po tamtej stronie, tylko jeszcze tego nie przyjmuje do siebie. To znaczy przyjmuje, ale babka z jakiegoś powodu próbuje ją przekonać, że jest inaczej.
– Uporządkujmy – Zosia stanowczym głosem oznajmiła babci. – Byłam na polanie, jak rozpętała się burza, przeczekałam nawałnicę w komórce, która się jakimś cudem zachowała, tam spotkałam się oko w oko z wilczycą, która nic mi nie zrobiła, chociaż mogła pożreć mnie żywcem, choćby w obronie swoich szczeniąt. Potem burza minęła, a ja wracałam do domu i potknęłam się na mokrym kamieniu i…
– I złamałaś nogę w dwóch miejscach, straciłaś przytomność, i teraz ja się tobą opiekuję, i przy okazji mam sposobność porozmawiać z tobą. Więc mnie wysłuchaj w końcu, bo za chwilę będzie za późno.
– Jeżeli umrę za chwilę, to po co mi ta rozmowa?
– Nie umrzesz, ratunek jest już bliski. Słuchaj mnie, ty uparta dziewczyno. – Leokadia pomachała jej kościstym palcem tak samo, jak robiła to, kiedy Zosia była dzieckiem i nie chciała jej słuchać.
– Cała zamieniam się w słuch – kobieta przewróciła oczami na znak zniecierpliwienia.
– Ależ ty jesteś wyszczekana – Leokadia rozłożyła bezradnie ręce. – Słuchaj mnie teraz uważnie. Jak się ockniesz, nie będziesz pamiętała naszej rozmowy, czasami tylko w twojej głowie pojawią się jakieś przebłyski. Zaopatrzyłam ci nogę najlepiej, jak tylko potrafiłam w tych warunkach, nic ci nie będzie. Wszystko, co cię dzisiaj spotkało, służy twojemu dobru, więc się nie stawiaj, nie wzbraniaj się i słuchaj własnego serca, a wszystko będzie dobrze.
– Przed czym mam się nie wzbraniać? Babciu, o co chodzi…

*

– Zosiu! Zosiu! – Słyszała jak przez mgłę, ale nie potrafiła się obudzić. Ktoś szarpał ją za ramię, ktoś przekładał ją na bok.
– Co się dzieje? – wymamrotała słabym głosem.
– Chwała Bogu, żyje – kobiecy głos mówił do kogoś, kto pochylał się nad jej nogą.
Zofia otworzyła oczy. Błysk światła na moment ją oślepił. Głowa bolała ją niemiłosiernie.
– Co ty tutaj robisz? – zapytała Terenię, która uśmiechała się do niej tuż nad jej głową.
– Znaleźliśmy cię z panem Michałem – kuzynka tłumaczyła jej, raz śmiejąc się, raz płacząc.
– Pamiętam, że była burza, potem widziałam wilczycę, a potem chyba naszą babcię, ale to świadczyłoby że właśnie umarłam.
– Uderzyła się pani w głowę, stąd te niedorzeczne przewidzenia. Straciła pani przytomność, ale wcześniej zaopatrzyła pani nogę. Gdyby nie przytomność umysłu i umiejętności, pewnie ta przygoda źle by się dla pani skończyła – Michał Michałowski spoglądał co rusz w stronę polany.
– Czego pan tam wypatruje? – zapytała Zofia.
– Wezwałem pogotowie, już powinno być. Po prostu denerwuję się, bo liczy się każda minuta przy tak paskudnym złamaniu.
– Ale ja niczego nie czuję.
– No i to właśnie jest niepokojące – z troską dodał mężczyzna.
– Szłam tutaj ponad godzinę. Jak dojedzie tu pogotowie, skoro nie ma tu nawet drogi? – Zosia przywołała bliżej kuzynkę, by sprawdzić, czy starszy pan jest świadom tego, co mówi.
– Zosiu pięć minut stąd jest nowa droga, ty podeszłaś z drugiej strony, od starej drogi.
– Pięć minut stąd? - dopytała. – Jesteś tego pewna?
– Oczywiście, że jestem pewna – W tym momencie usłyszały sygnał karetki.
Pan Michał machał do kogoś z polany tuż koło starego domu. Za moment pojawiło się dwóch sanitariuszy i lekarz, który zamienił kilka słów z Michałowskim i już za moment klęczał u stóp Zosi, z zatroskaną miną oglądając jej nogę. Jeden z sanitariuszy dał jej jakiś zastrzyk w żyłę, drugi rozkładał krzesełko ratunkowe.
– Jak się pani czuje? – zapytał lekarz. – Będzie pani mogła usiąść na tym krzesełku?
– Czuję się całkiem nieźle i nie wiem, skąd tyle zamieszania wokół mojej osoby.
– Nie zdaje sobie pani sprawy z powagi sytuacji. Złamanie wygląda na poważne, ale bez prześwietlenia nic więcej nie mogę powiedzieć. Kolega dał pani zastrzyk przeciwbólowy, na jakiś czas powinien wystarczyć.
Panowie sprawnie przenieśli na krzesełko chorą, która dopiero wtedy zobaczyła nogę zapatrzoną w dwie szpatułki zrobione z gałęzi owiniętych skrawkami jakiegoś materiału.
Niczego nie mogła sobie przypomnieć, głowa jej ciążyła, więc postanowiła się nad tym nie zastanawiać.
– Tereniu! – przywołała kuzynkę. – W moim plecaku są kluczyki od samochodu, zostawiłam go koło kapliczki.
– Nic się nie martw, wszystkim się zajmiemy. – Terenia zabrała plecak od kuzynki i poszła za orszakiem.
Najpierw Zosia niesiona przez dwóch sanitariuszy, za nią lekarz, a za nim Michał. Terenia spojrzała na to, co zostało po domu jej babci i uświadomiła sobie, jak długo tutaj nie była.
Dopiero kiedy podeszli na wzniesienie za domem, Zosia zobaczyła, jak blisko było do nowej drogi. Dziwne, że będąc na polanie, nie słyszała ani jednego samochodu. Zbyt dużo tych tajemnic, niespodzianek i zbiegów okoliczności. Poczuła się taka zmęczona. Kiedy ratownicy umościli ją na łóżku w karetce, zapadła w sen. Usłyszała przeraźliwy sygnał ambulansu, ale nie miała nawet siły, by otworzyć oczy. Czuła jednak spokój i jakąś wewnętrzną pewność, że wszystko będzie dobrze.





wtorek, 15 sierpnia 2017

SCHEDA (3)




Terenia wybiegła na powitanie oczekiwanych gości. Bez żadnych ceregieli rzuciła się Zosi na szyję i tonąc we łzach radości, raz ją tuliła, raz od siebie oddalała, by lepiej się jej przyjrzeć.
– Moja kochana, nareszcie jesteś – w końcu wykrztusiła.
– No jestem, za sprawą dobrego serca pana Michała. – Zosia zwróciła w ten sposób uwagę kuzynki na swojego towarzysza podróży.
– Michał Michałowski – przedstawił się, naprężył jak struna i grzecznie skłonił się na powitanie.
– Teresa Janowska – kuzynka z uśmiechem na twarzy przywitała starszego pana.
– Tereniu, pomóżmy panu wypakować mój bagaż, by mógł się nareszcie ode mnie uwolnić – Zosia dała sygnał, by wdrożyć ich plan względem tego pana.
Wszyscy troje ruszyli w stronę samochodu. Od razu Michał przejął dowodzenie.
– Pani, Zofio, zajmie się kotką, bo chyba już dość ma tego podróżowania, A pani Terenia mi trochę pomoże. – Po czym dał jej do ręki dwa małe pakunki.
Poprosił o wskazanie miejsca, do którego ma zanieść walizki i ochoczo ruszył z największymi bagażami. Terenia posłusznie dreptała przed nim wprost do mojego pokoju, na szczęście na parterze domu. Szybciutko się z tym uporali, a Terenia, pomimo ich wcześniejszych ustaleń, zaprosiła pana Michała na taras.
– Proszę jeszcze z nami trochę zostać, mam smaczną domową lemoniadę.
– Jeżeli to nie kłopot, to chętnie się napiję, trochę jestem strudzony.
– Przepraszam, to z mojego powodu – Zosia, ogarnięta wyrzutami sumienia, zaczęła się tłumaczyć, ale on przerwał jej w pół zdania.
– Pani Zosiu, jeżeli ktoś jest winny, to tylko moje lata.
– Święta racja – Terenia wtórowała, przytakiwała i we wszystkim się z Michałowskim zgadzała.
Przyniosła na tacy lemoniadę, pachnące drożdżowe rogaliki i kawę z ekspresu, do tego mleczko i cukier. I tak właśnie „spławiała” pana Michałowskiego, a on od razu poczuł jej sympatię i rozsiadł się na wygodnym leżaku ustawionym na tarasie.
– Tyle tu pięknych kwiatów, widzę tu rękę dobrej gospodyni – ujął dłoń Tereni i pocałował ją serdecznie, tak zwyczajnie z sympatii.
Spojrzała na niego oszołomiona i prawie się rozpłakała.
– No co pan, przecież tu u nas każda kobieta potrafi sadzić kwiatki.
– Sadzić może i umie każda kobieta, ale wyczarować taki ogród, to już chyba trudniejsze zadanie.
Pan Michał najwyraźniej był miłośnikiem pięknych kwiatów. Nie dość, że doceniał ich piękno, to jeszcze znał ich nazwy. Zosia czuła się między nimi jak piata noga od stołu. Pan Michał nagle wstał i zwrócił się do Zofii.
– Widzę, że pani już zmęczona, więc się pożegnam.
– Dziękuję za wszystko, co dzisiaj pan dla mnie zrobił – powiedziała Zosia.
– Cała przyjemność po mojej stronie.
Potem ucałował dłoń kuzynki i jeszcze raz pochwalił jej ogrodniczy talent. Kiedy odjechał, obie kobiety siedziały bez słowa jak zauroczone.
– Gdzie on się uchował? – zaczęła Terenia.
– Tak masz rację, takich facetów już nie ma – odpowiedziała Zofia i znowu obie zamilkły.
– Pan Michałowski jest człowiekiem z klasą, niewymuszoną elegancją i naturalnym wdziękiem. Na dodatek całkiem przystojnym, no i chyba bogatym, sadząc po samochodzie – Terenia dalej ciągnęła temat, jakby chciała Michałowskiego z kimś wyswatać.
– Zaraz, ty chyba nie myślisz o mnie? – zapytała Zofia, nie mogąc uwierzyć, że Terenia aż tak daleko posunie się w swoich pomysłach.
– Czemu nie? Pan stateczny, miły, pachnący, przystojny i na dodatek bogaty.
– Chyba ci rozum, kochana, odebrało – Zosia nie wiedziała, czy tamta żartuje, czy nie.
– No wiesz, już taka młoda to ty nie jesteś, to i wybierać nie możesz. – Potem się roześmiała na znak, że oczywiście żartuje. Zosi spadł kamień z serca i już śmiały się razem jak za dawnych czasów.

*

Michał wyjechał już na główną drogę prowadzącą do szpitala, kiedy zobaczył pod przednim siedzeniem smyczkę kotki. Najpierw chciał zawrócić, ale potem się rozmyślił.
– Będę mógł tam jeszcze wrócić – powiedział i uśmiechnął się do swoich myśli.
Zaparkował przed szpitalem i pewnym krokiem udał się do jego wnętrza.
Ładny nowy budynek, to chociaż warunki do pracy ma tu dobre – pomyślał, oglądając szpital, w którym niedawno objął ordynaturę jego jedynak. – Nic dziwnego, przecież jest profesorem, uznanym chirurgiem i znanym specjalistą w Polsce i na świecie. Gdyby nie ta sprawa z Ewą, jego byłą żoną, na pewno by nie wziął udziału w konkursie na ordynatora chirurgii w tutejszym szpitalu.
– Pan do kogo? – stanowczy głos zatrzymał go prawie w miejscu.
– Do ordynatora Maksymiliana Michałowskiego – odpowiedział spokojnym głosem.
Zawsze miał szacunek do wszystkich pracowników szpitala. Każdy z nich miał swoje zadanie, a Michał jest tu pierwszy raz, więc tamten nie może go znać.
– Czy był pan umówiony? – służbowym głosem powiedział recepcjonista.
– Tak jakby – odpowiedział.
– Nie można być umówionym „tak jakby”. Co mam powiedzieć panu ordynatorowi? – Mężczyzna trzymał słuchawkę telefonu i wybierał jakiś numer.
– Proszę powiedzieć, że ojciec chce się z nim zobaczyć.
Nagle recepcjonista złagodniał, odłożył słuchawkę telefonu i powiedział coś, co chwyciło za serce starszego mężczyznę.
– Jeżeli ojciec, to bardzo proszę. Nie będę dzwonił, bo to oczywiste, że doktor się ucieszy na takie odwiedziny.
Potem dokładnie wskazał mu kierunek i nawet chciał go do syna zaprowadzić. Ledwo mu to Michałowski wyperswadował. Swoją drogą we własnym interesie. Nie chciał, żeby ktoś widział, że Maksymilian nie czeka na wizytę ojca, ba, nawet jej sobie nie życzy.

*

Tymczasem Terenia i Zosia okryte ciepłymi kocykami siedziały dalej na tarasie. Rozgwieżdżone niebo w ciepły wieczór dodawało uroku temu pięknemu miejscu. Wspominały swoje wspólne wakacje i kłopoty, w które się ciągle pakowały. Obie były żywe i dowcipne, i takie ciekawe świata. Niełatwo mieli rodzice Tereni podczas tego szalonego czasu.
Zosia podziwiała dom Tereni, który niczym nie przypominał małego domku jej rodziców.
– Trochę go rozbudowaliśmy – skromnie przyznała Terenia.
– Dobrze powiedziane… trochę. Przecież to piękny, bardzo duży dom. Widać tu ogromną pracę i miłość do tego miejsca – stwierdziła Zosia.
– Tak, mam szczęście że Tadeusz pokochał ten dom tak, jak ja. Dopiero po śmierci moich rodziców zaczęliśmy rozbudowę, żeby nie ranić ich uczuć, żeby nie myśleli, że chcemy wszystko zmieniać i robić tak po swojemu.
– Kochanych miałaś rodziców, aż mi się nie chce wierzyć, że nasze mamy były siostrami.
– Zosiu, przestań, nie wracajmy już do tego – poprosiła Terenia.
– Wiesz o tym, że muszę się z przeszłością rozprawić i zacząć nareszcie żyć bez tego balastu.
– Dobrze, jak chcesz, ale zostaw to na później. Mam nadzieję, że zostaniesz dostatecznie długo i znajdziesz w końcu sposób na gojenie ran z przeszłości.
Terenia wstała i przytuliła swoją kuzynkę.
– Przyniosę herbatki z malinowym sokiem, wypijemy tak, jak wtedy, kiedy było nam smutno i moja mama nas pocieszała. – Terenia poszła do kuchni.
Zosia ze łzami w oczach zobaczyła scenę, o której mówiła jej kuzynka, jak na filmie z przeszłości. Jej mama krzątała się przy kuchni taka zamyślona i jakaś nieobecna, Zofia wiedziała czego zwiastunem jest ta cisza. Cisza przed burzą, tak by to nazwała teraz, wtedy, jak była mała, było to bolesne oczekiwanie. Oczekiwanie na eskalację złości niczym nie uzasadnionej i nie zrozumiałej dla pięcioletniej dziewczynki. Zosia nauczyła się wtedy odczytywać emocje z ludzkich twarzy. Z biegiem lat doszła w tym do perfekcji. Potrafiła zniknąć w porę przed złością rozgoryczonej matki. Ukrywała się wtedy na kilka godzin i nawet babcia nie potrafiła jej odnaleźć. Do tej pory goi swoje rany z dala od ludzi w ciszy i samotności.
Terenia weszła z tacką dymiącej herbaty.
– Znowu wracasz do tych wspomnień? Znowu rozdrapujesz rany? Po co to robisz? Dlaczego karzesz się za grzechy innych ludzi?
– Tereniu, to nie tak.
– A jak? Przecież widzę, jak się kurczysz w sobie, jak oczy zalewają Ci niechciane łzy. Widzę też, że się starasz. – Podeszła do stolika, ale herbatkę podała wprost do rąk kuzynki, a ta z wdzięcznością przyjęła ciepły płyn, który grzał jej dłonie i serce, nie mówiąc już o podniebieniu.
Nigdzie jej tak nie smakował sok malinowy jak w domu jej ukochanej cioci, bliźniaczki mamy. Były fizycznie prawie identyczne, za to charaktery miały zupełnie inne, właściwie skrajnie inne. Dla małej Zofii było to wprost nie pojęte. Potrafiła je odróżnić, kiedy patrzyła im w oczy. Te, które należały do mamy, były smutne, zagubione albo wściekłe. Oczy cioci zawsze dobre, współczujące.
– No kochana, dość tych wspomnień, teraz opowiadaj, co u ciebie, bo z tych naszych telefonicznych rozmów wiem stanowczo za mało. Więc zamieniam się w słuch i czekam na relacje.
– Od czego mam zacząć? – Zosia zastanawiała się na głos, jak zwykle niezdecydowana.
– Od początku – zaproponowała zawsze poukładana Terenia.
Obie skończyły to samo liceum ekonomiczne, obie poszły na studia i obie pracują w swoim zawodzie. Zofia niespełniona, a Terenia w swoim żywiole. Zofia właśnie zrezygnowała z pracy, a Terenia awansowała i czekała na dogodny moment, by podzielić się z kuzynką swoją radością.
– Wiesz, Tereniu, zrezygnowałam z pracy – zrobiła przerwę, by pomyśleć, jak przekazać zdziwionej Tereni, z jakiego powodu po dwudziestu pięciu latach pracy postanowiła swoje życie postawić na głowie.
– Zrezygnowałam, bo chcę zacząć nowe lepsze życie, ale najpierw muszę uporać się z przeszłością.
Terenia w sekundę podjęła decyzje, że nie będzie opowiadać o swoim awansie, żeby nie robić przykrości kuzynce. Sama nie wiedziała, skąd przyszło jej do głowy, że Zofia może poczuć się gorzej w obliczu jej szczęścia.
– Zosiu, czy ja dobrze Cię zrozumiałam? Czy ty chcesz zacząć swoje nowe życie tutaj w Bieszczadach? Wiesz, kochana, nawet tutaj jest teraz inaczej niż dwadzieścia lat temu. Masz tego świadomość?
– Mam, Tereniu, mam. Może właśnie dlatego powracam tutaj, do tego miejsca, gdzie złożyłam przysięgę, że nigdy tu nie wrócę. Może miałam zrobić to już dawno temu, a może dokładnie teraz przyszedł odpowiedni czas, by właśnie tutaj zacząć naprawiać swoje życie. Chciałam pojechać do Wary, ale zepsuty samochód zostawiłam gdzieś w połowie drogi. Jestem zdana na twoja łaskę.
– Nie ma sprawy, możesz wziąć samochód Tadzia, on wróci dopiero za cztery dni. Do tego czasu jego terenówka jest do twojej dyspozycji.
Wstała od stołu i zniknęła w drzwiach do salonu. Zofia przymknęła oczy i zobaczyła scenę jak z filmu.
Jej mama, Anna, siedziała ze swoją siostrą, Aliną, na werandzie tego domu wiele lat temu i prowadziły cichą rozmowę. Zofia ukryła się w salonie blisko okna. Było lato, tak jak teraz, piękna gwieździsta noc. Ciocia Alinka pytała mamę, dlaczego jest taka okrutna dla własnego dziecka. Prosiła, by siostra panowała nad emocjami, bo małe dziecko nie jest winne tego, że jego matka jest w tak różnych nastrojach. Prosiła, by poszła do lekarza i uporała się w końcu ze swoimi demonami. Dla małego dziecka ta rozmowa była niezrozumiała i tyle z niej zapamiętała, że mama ma problem z demonami i krzywdzi własne dziecko. Mama odpowiedziała, że nie może sobie darować, że nie posłuchała swojej niedoszłej teściowej i nie pozbyła się dziecka. Ciocia wtedy przerwała mamie i powiedziała, by więcej tego w jej obecności nie mówiła, bo dzieci to największe szczęście dla kobiety.
– Oj, Aniu, jesteś mi bardzo bliska, ale nigdy nie zrozumiem twojego postępowania.
– Tobie łatwo mówić. Masz kochającego męża i własny dom, a ja jestem sama z dzieckiem w rozpadającej się chacie ze starą zdziwaczałą matką.
– Nie nazywaj tak naszej mamy – zaprotestowała ciocia.
– Dobrze ci się mówi, bo nie musisz mieszkać na końcu wsi w starej chałupie, gdzie nie ma nawet łazienki, a po wodę trzeba chodzić do studni. – Mama tkwiła w swoim nieszczęściu, wymyślając coraz to nowe powody do podkreślenia go.
Zosia kochała babcię ponad życie, a i ich chatka była dla niej domem marzeń, z dala od ludzi, ale w otoczeniu pięknej przyrody. Babcia nauczyła kochaną wnuczkę wszystkiego, co sama umiała. Razem zbierały grzyby, jagody i zioła. Anna zazdrosna była o ich relacje, a z drugiej strony czuła wdzięczność do matki, że przejęła za nią wszystkie obowiązki związane z dzieckiem. Nie miała ani głowy, ani powołania, by wychowywać córkę. Kochała jej ojca ponad wszystko i obwiniała Zosię, że to z powodu nieplanowanej ciąży Robert ją zostawił.
Kiedy Zosia otworzyła oczy, zobaczyła Terenię, która siedziała już jakiś czas na swoim leżaku, zatopiona we własnych myślach. Na stole leżały kluczyki i dokumenty samochodu. Zofia z wdzięcznością spojrzała na swoją kuzynkę.
– Dziękuję, kochana. A teraz, jak pozwolisz, pójdę już spać. Jestem zmęczona tym pełnym wrażeń dniem, a na jutro planuję wyjazd do Wary, więc długi dzień się zapowiada – mówiąc, to wstała i całując w policzek Terenię, odmeldowała się do swojego pokoju.
Terenia chwilę później też udała się na spoczynek. Jutro ważny dzień, przejmuje oficjalnie stanowisko głównej księgowej w firmie, w której pracuje od dwudziestu lat. Poznała pracę w księgowości od podszewki na wszystkich niemalże stanowiskach. Na dobrą sprawę od jutra każda z nich zaczyna nowy rozdział w życiu.

*
Michał stał pod drzwiami gabinetu syna i nie mógł zdobyć się na wejście do środka. Nie należał do osób strachliwych, ale bał się widoku syna, jego smutku i rezygnacji z życia.
No cóż, raz kozie śmierć – pomyślał i nacisnął klamkę.
Wszedł do cichego gabinetu oświetlonego jedynie nocną lampką. Szczelnie zasłonięte okna sugerowały, że syn odpoczywa po ciężkim dyżurze. Ku swojemu zdziwieniu nie zastał go w gabinecie i ledwo się rozejrzał, drzwi otwarły się z impetem i wpadła do pokoju przełożona oddziału.
– Co pan robi w gabinecie pod nieobecność ordynatora? – słowa płynęły z jej ust z szybkością wodospadu. Michał uśmiechnął się do niej i próbował przerwać jej.
– Może się przedstawię – powiedział podniesionym głosem, by zatrzymać ten niepotrzebny potok słów, który wylewała w jego kierunku siostra oddziałowa. – Nazywam się Michał Michałowski i jestem ojcem doktora Michałowskiego.
– Oj, to bardzo pana przepraszam, panie profesorze, ja nie pomyślałam, bo ordynator nie uprzedził mnie, przepraszam jeszcze raz.
– Nie ma sprawy. To ja przepraszam, że wtargnąłem tu bez uprzedzenia – tłumaczył się przed zmieszaną siostrą.
– Panie profesorze, pana syn, to znaczy – pan ordynator, jest teraz na sali operacyjnej. Zajmuje się ofiarą wypadku ze skomplikowanym złamaniem nogi. W sumie to ma chłopak szczęście w nieszczęściu, bo trafił na takiego wspaniałego specjalistę. Ja tu pana zgaduję, a może pan profesor chce odpocząć, może herbatki zrobię, może przyniosę coś dobrego do zjedzenia. W naszym bufecie robią smaczne kanapki.
– Nie, dziękuję, jadłem już. Ale o herbatkę poproszę.
Siostra przełożona z szybkością błyskawicy pobiegła zrealizować jego zamówienie.

*

Kiedy Michał Michałowski obudził się ze snu, który go zaskoczył, zobaczył syna pochylonego nad laptopem.
Chrząknął znacząco i wtedy Maks odwrócił się w jego kierunku.
– No i nie posłuchał mnie ojciec. Jak zwykle zresztą…
– Ja też się cieszę, że cię widzę, synu – wstał i serdecznym uściskiem ręki przywitał się ze swoim jedynakiem.
Boże, jaki on jest podobny do swojej matki.
Odziedziczył po Joannie wiele cech i to akurat takich, z którymi Michał miał problem. Niezależność i ochrona własnego terytorium była jedną z tych rzeczy, których Michał nie akceptował. Rodzina to jeden organizm, więc jeżeli jedno z ogniw choruje, cierpi całe ciało.
– Jestem dzisiaj zmęczony – Maks mówiąc to, wyłączył laptop i zaczął zbierać dokumenty i okulary, co mogło świadczyć o tym, że kończy dyżur, ale Michał wiedział, że to jedna z cech jego syna: zamiłowanie do porządku, a nawet minimalizm. Każdy przedmiot ma swoje miejsce i przeznaczenie. Porządkowanie miejsca pracy to część codziennego rytuału.
– No to zapraszam do siebie.
A jednak koniec pracy – pomyślał ojciec.
– Tylko nie licz na poczęstunek, nie mam czasu na zakupy. Chyba że pani Wandzia, moja gospodyni coś dla mnie zostawiła. To jednak nie jest takie pewne. Kiedy trzy razy z rzędu wyrzuciła kolację, zarzekała się, że już nic dla mnie nie ugotuje. A jest to charakterna osoba, więc może być tak, że będziemy zdani sami na siebie.
Maks mówił bez przerwy, ale tym akurat ojca nie zwiedzie. Tym pozornym luzem go nie zmyli. Nie uśpi jego ojcowskiej czujności.
Nim wyszli ze szpitala, Maks rozmawiał jeszcze z kilkoma osobami, zachowywał się tak, jakby ten szpital bez niego nie funkcjonował. Kiedy już znaleźli się na parkingu, Maks zaproponował, żeby zrobili sobie spacer i poszli do domu na nogach. Kiedy jednak spojrzał na ojca, widział, że ten wybrał się do niego na dłuższy pobyt. Bez słowa usiadł na miejscu pasażera, zapiął pasy i wydał kilka prostych wskazówek, jak dojechać do jego domu.
Faktycznie było to bardzo blisko i już po pięciu minutach byli na miejscu. Oczom Michała ukazał się uroczy dom z bali. Zaskoczyła go ilość latarenek i światełek, która oświetlała dom i podjazd.
– Tutaj noce bywają bardzo ciemne, nie mogłem się do tego przyzwyczaić – wyjaśnił ojcu, jakby znał jego myśli.
Zabrali część bagażu, a Maks długo szukał kluczy, po czym stwierdził, że zostawił je na biurku. Jakoś w ogóle go to nie obeszło. Sięgnął dłonią pod najbliższą drzwi doniczkę i wyjął zapasowe klucze. Weszli do domu.
Piękne wnętrze urządzone było w stylu góralskim. Kominek jako centrum domu, a wokół niego cała przestrzeń otwarta. Aneks kuchenny z kredensem robionym ręcznie, stołem i całym wyposażeniem zręcznie ukrytym w zabudowie. Wygodne kanapy i fotele skupione przy niewielkim stoliku z litego drewna zapraszały do odpoczynku. Na piętro prowadziły drewniane schody z rzeźbioną poręczą.
Maks zaprowadził ojca do jednego z trzech pokoi na piętrze. Pokój był niewielki, ale wygodnie urządzony jako miejsce do spania i pracy z wygodnym łóżkiem i obszernym biurkiem. Pachniało drewnem i czystością. Widocznie pani Wandzia bardzo dbała o syna Michała. Ojciec nie podejrzewał go o to, by sam sprzątał ze względu na ograniczoną ilość czasu, jaki przeznaczał na życie rodzinne. Bez reszty pochłaniała go bowiem praca.
Michał rozejrzał się zaledwie po swoim pokoju, a Maks stał już w drzwiach z resztą bagażu.
– Sporo tego – powiedział cicho, a ojciec postanowił puścić tę uwagę mimo uszu.
Był to cały dobytek Michała, który zapragnął zabrać na wypadek, gdyby zdecydował się zostać tutaj już na zawsze. Dom w Bostonie zostawił pod dobrą opieką oddanego przyjaciela i wydał stosowne dyspozycje, gdzie zdeponować rzeczy, na wypadek gdyby zdecydował się sprzedać nieruchomość. Michał miał już swoje lata i zapragnął spędzić resztę czasu blisko swego jedynaka. Nie zamierzał być dla niego ciężarem, więc chciał jak najszybciej rozejrzeć się za jakimś domem dla siebie. Na razie jednak postanowił nikomu nie ujawniać swoich planów na przyszłość. No, nie licząc pani Teresy, którą rozpytał na temat rynku nieruchomości. Okazało się że jest szansa na kupno ładnie położonego domu w otoczeniu starego ogrodu, ale pozostawił to jako otwartą sprawę, nie nakręcając się zbytnio, póki nie zobaczy tej posiadłości.                                      c.d.n 




sobota, 5 sierpnia 2017

MARZENIA DO SPEŁNIENIA


MARIANNA – DOM NA SKRAJU LASU


Kiedy dotarłyśmy pod wskazany adres, moje oczy zobaczyły coś, o czym właśnie marzyłam.
– Jak tu pięknie – wyrwało mi się, zanim jeszcze wysiadłam z samochodu.
– Ja widzę ruiny domu na skraju lasu. O przepraszam, jeszcze tę zabudowę gospodarczą z zawalonym dachem – Dana marudziła pod nosem.
W sekundę wybiegłam z samochodu, nie zamykając nawet drzwi. Biegałam między budynkami, nie bacząc na kiepską pogodę. Dana ciągle siedziała w samochodzie, nie wyrażając ochoty, by go opuścić.
– Chodź tu! – machałam do swojej przyjaciółki, przywołując ją do siebie. Cóż było robić, wygramoliła się z samochodu, wpadając wprost w maź śnieżnobłotną, co wprawiło ją w podły nastrój. Ja zaś nadal biegałam z radością dziecka między budynkami, a raczej między tym, co z nich zostało, i z wypiekami na twarzy opowiadałam, co mam zamiar tu zbudować. Od razu przypomniałam sobie słowa ulubionej piosenki w wykonaniu Golec uOrkiestra:
„Tu na razie jest ściernisko
Ale będzie San Francisco
A tam, gdzie to kretowisko
Będzie stał mój bank”.
– A więc kupujesz tę ruinę? – Dana zapytała z niedowierzaniem.
– No wiesz, to nie ruina tylko żyła złota – odpowiedziałam oburzona. – Ty mnie chyba w ogóle nie słuchasz – dodałam, przyglądając się przyjaciółce.
– Słucham, słucham, tylko własnym uszom nie dowierzam – zaśmiała się sarkastycznie.
– Nie śmiej się, kochana, ja mam już pomysł na siebie i tobie polecam to samo. Nie ma to jak życie z pasją.
Nie zważając na kapryśną minę przyjaciółki, opowiadałam z zapałem, co zamierzam zrobić, żeby to miejsce ożyło. Dana pustym wzrokiem patrzyła na mnie. Wiedziałam, że niedawne doświadczenia bardzo ją osłabiły, co prawda przestała pić, ale wyglądała tak, jakby przestała żyć. Ociężała szła za mną.
– Naprawdę nie nadążam za tobą – Dana zatrzymała się na chwilę. – Jeszcze tydzień temu mówiłaś, że chcesz tylko spokoju i nie szukasz wrażeń, a dzisiaj planujesz swoją przyszłość i jak cię znam, zrobisz to z rozmachem. Mam rację?
– Tutaj postawię dom – kontynuowałam, jakbym nie słyszała jej pytania. Wskazałam ręką na ruiny dawnego domu. Nowy, duży i wygodny. Tam będą stajnie na kilka koni, dopiero wtedy interes będzie rentowny – dalej opowiadałam, nie bacząc na rosnące zdziwienie przyjaciółki. – Powstanie tu siedlisko dla ludzi, którzy na chwilę zatrzymali się w drodze. Taki przystanek w drodze zwanej życiem.
– Brzmi ciekawie, ale i tak nie nadążam za tobą. Ja w tej chwili marzę tylko o tym, by znaleźć się w swoim domu. – Dana rozłożyła ręce w bezradnym geście i postanowiła wrócić do samochodu.
Ja zatrzymałam się w jednym miejscu jakbym zastygła. Oczami wyobraźni zobaczyłam dom swoich marzeń i byłam pewna, że spełnię to pragnienie i nawet cień wątpliwości nie pojawił się w moich myślach. Poczułam na swojej twarzy delikatne promienie słońca, prześwitujące przez kolorowe liście. Nagle znalazłam się na skraju lasu przed moim domem w jesiennej scenerii. Miejsce to tętniło życiem, kilkoro ludzi krzątało się na dziedzińcu. W stajni słyszałam rżenie koni. Czułam zapach ogniska i jesiennej orki. Psy szczekały radośnie, a ja czułam taki błogi spokój i radość oczekiwania. Co rusz patrzyłam w stronę drogi, która prowadziła do mojego gospodarstwa. No i jeszcze ta polana pełna wrzosów, jak kolorowy dywan prowadzący do lasu. Odgłos klaksonu brutalnie wyrwał mnie z zadumy.
– Już idę! – zawołałam i jeszcze raz spojrzałam w stronę lasu, ale czar prysł… zobaczyłam tylko śnieg, który pokrywał nieskazitelną bielą drogę do lasu.
– Ciekawe, dokąd sięga ta posiadłość? – Poczułam się jak właścicielka na włościach i chciałam mieć wszytko pod kontrolą. Zrobiłam kilka zdjęć telefonem komórkowym i biegiem ruszyłam do samochodu.
– Jedźmy już – ponagliła mnie Dana wyraźnie znużona długą podróżą.
– Masz adres właściciela tej nieruchomości? Muszę jeszcze dzisiaj tam pojechać. – Dana wyjęła z przepastnej torby notes, wyrwała kartkę i podała mi ją.
–To niedaleko, w Osłanicy, sześć kilometrów od Komańczy. – Wbiła adres w aplikacji swojego telefonu i po chwili zobaczyła wytyczoną trasę.
– Matko, jakie tu zadupie, nie sądzisz? – marudziła Dana, przytaczając moje własne słowa.
– Nie przesadzaj, zasięg jest – z uśmiechem skomentowałam jej słowa i ruszyłam w drogę powrotną, tym samym duktem, którym tu dojechałyśmy. Kiedy samochód wyłonił się z lasu, świat wydał się zupełnie inny. Dobrze utrzymana droga doprowadziła nas do wsi. Zatrzymałam się pod wskazanym adresem. Obejście było schludne a dom niczym nie wyróżniał się od innych w tej miejscowości. Rozejrzałam się wokoło i uznałam, że rozmowa będzie szybka i prosta, spodziewałam się bowiem skromnych gospodarzy, których sytuacja życiowa zmusiła do sprzedaży rodzinnej spuścizny. Stanęłyśmy pod drzwiami, nacisnęłam dzwonek i po chwili stanął przed nami… Anioł. Stałam przed tymi drzwiami jak zahipnotyzowana.
– Słucham, co panie do mnie sprowadza? – odezwał się Anioł lekko ochrypłym męskim głosem. Zachowywałam się, jakbym zapomniała języka w gębie, dopiero lekki szturchaniec Dany przywrócił mi mowę.
– Ja w sprawie ogłoszenia, w sprawie kupna ziemi, to znaczy domu – plątałam się w zeznaniach, co wyraźnie rozbawiło Anioła.
– Chodzi pani o dom na skraju lasu? – próbował sprecyzować mężczyzna, widocznie miał więcej ziemi do sprzedania.
– Nie wiem, chyba – nieskładnie odpowiadałam.
– To nie wie pani, co chce kupić? – coraz śmielej pozwalał sobie tajemniczy mężczyzna, co mnie rozwścieczyło. Dana zobaczyła błysk w moim oku, który zwiastował kłopoty dla Anioła.
– Zaraz, chwileczkę, niech się pan nie zapędza, chodzi mi o to ogłoszenie. – Wcisnęłam mu do ręki kartkę z adresem nieruchomości spisanym z oferty.
– No tak, to jest adres domu pod lasem – potwierdził Anioł. – Proszę – odsunął się od drzwi i zaprosił nas do środka.
Kiedy weszłyśmy do korytarza, zorientowałam się, że wnętrze tego domu jest wyjątkowe. Jego ściany wyłożone były jasnym kamieniem, a na podłodze leżały kafle imitujące kamienną drogę, zamiast sufitu było sklepienie. Drzwi i futryny były solidne, dębowe, wykończone łukiem. Kiedy gospodarz otworzył drzwi do kuchni, przyjemne ciepło buchnęło z jej wnętrza. Pod ścianą stał węglowy piec z okapem wyłożonym kamieniem takim, jak w sieni. Widocznie występuje on tutaj w naturze. Wskazał nam miejsca przy dużym dębowym stole, a sam zajął się przygotowaniem poczęstunku.
– Proszę ściągnąć kurtki. – Wskazał na drewniany wieszak umieszczony na ścianie obok drzwi.
– Napiją się panie czegoś? – zapytał gospodarz.
– Ja nie piję – odpowiedziała Dana, po czym lekko się zaczerwieniła.
– Kawa czy herbata? – padło krótkie pytanie.
– Kawa! Herbata! – odpowiedziałyśmy chórem.
– Kawa – sprecyzowałam.
– To dla pani herbata? – dopytał, a Dana potwierdziła kiwnięciem głowy. Postawił cynowy czajnik na palenisku kuchni, wyjął z kredensu młynek retro i przystąpił do ręcznego mielenia kawy. Następnie wyciągnął z kredensu dwa duże kremowe kubki i postawił na stole. Kiedy otworzył szufladkę młynka, aromat kawy mile podrażnił moje nozdrza, ponieważ jestem koneserką tego napoju, z łatwością rozpoznałam rodzaj kawy, którą właśnie mielił.
– Barista Exclusive? – zapytałam, chociaż byłam tego pewna. Ostatnio zakupiłam właśnie takie kawowe boksy ze stuprocentową arabicą o niepowtarzalnym aromacie i smaku zbieraną na jednej plantacji. Przypomniałam sobie czasy, kiedy byłam jeszcze właścicielką dobrze prosperującej firmy.
– Tak – odpowiedział bez wyraźnej ekscytacji. Poczułam się niedoceniona.
– A pani polecam wyjątkową herbatę, którą przywiozłem z Indii. Nie czekając na zgodę, wsypał do szklanego naczynia suche liście herbaty, zalał ją wrzątkiem i przykrył, by dobrze się zaparzyła. Spojrzał przy tym na zegarek. Zwróciłam uwagę na ten atrybut prawdziwego mężczyzny, który spoczywał na przegubie jego dłoni, i stwierdziłam, że jest to Rolex i to z całą pewnością oryginalny. Przeznaczony dla aktywnych mężczyzn uprawiających sporty wodne. Właśnie taki oglądałam w ekskluzywnym sklepie jubilerskim w zamiarze kupna w prezencie na gwiazdkę dla Karola, ale on niestety nie uprawia żadnego sportu, więc zrezygnowałam z niego na rzecz eleganckiego zegarka dla biznesmena.
– Czy ten mężczyzna nie przestanie mnie zadziwiać? – w myślach zadałam sobie retoryczne pytanie.
– Mleko? – zapytał gospodarz.
– Nie, dziękuję.
– Dobry wybór. – Zalał wodą kawę w obu kubkach i nareszcie usiadł, po chwili wstał od stołu i wyjął z dębowego kredensu zgrabny szklany kubek z podstawką, cukier i postawił to przed Daną.
– Dziękuję, nie słodzę – odpowiedziała, co zupełnie go nie obeszło. Spojrzał ponownie na zegarek i wyjął ze szklanego naczynia sitko wypełnione herbatą.
– Teraz będzie dobra, proszę się częstować – powiedział do Dany, a ona posłusznie wykonała jego polecenie i nalała sobie złocistego płynu do szklanki.
– Słucham, co panie do mnie sprowadza?
– Chcę kupić tę nieruchomość – wskazałam palcem z nienagannym manikiurem na zmiętą kartkę, która leżała na stole.
– Tę nieruchomość już dość dawno wystawiłem na sprzedaż, ale pani jest pierwszą osobą, która się nią zainteresowała. Co w takim razie chce pani wiedzieć?
Dana siedziała sobie z boku, popijała herbatę i obserwowała ten dziwny dialog między nami. Coś ją wyraźnie rozbawiło. Od razu zauważyłam tę „radość” na twarzy przyjaciółki.
– Moja przyjaciółka nie podziela mojego zdania, ale ja jestem zdecydowana na kupno tej nieruchomości.
– No więc przejdźmy do konkretów – zadecydował Anioł i wyjął z szuflady kredensu teczkę z adnotacją: „Dotyczy – Dom Anastazji”. Zajrzał do środka i przedstawił akt notarialny własności owej nieruchomości.
Wzięłam do ręki dokument i przeczytałam nazwisko właściciela: Michał Braniewski. Kolejny raz zachwycił mnie ten mężczyzna, a właściwie jego nazwisko – takie szlacheckie, pasowało do niego. Potem skojarzyłam imię z Archaniołem Michałem chroniącego swoją tarczą wszystkich, którzy walczą w słusznej sprawie i uznałam to za anielski znak. Wtedy właśnie upewniłam się w tym, że dokonałam właściwego wyboru.
– Michał Braniewski – przedstawił się. – Powinienem zrobić to na początku, panie wybaczą.
– Marianna Błażejewska – podałam mu dłoń. Miał ładne delikatne ręce.
– Na pewno nie pracuje fizycznie – pomyślałam.
– Dana – moja przyjaciółka przedstawiła się krótko, a jej głos trafił gdzieś w powietrze, bo my oboje zachowywaliśmy się tak, jakby poza nami w przytulnej kuchni nie było nikogo innego.
– No to może spiszemy umowę wstępną, a potem tylko pozostanie nam wizyta u notariusza – zaczęłam negocjacje. Nie chciałam pokazywać, jak bardzo mi zależy na kupnie tej nieruchomości, ale jednocześnie bałam się, że ktoś mnie uprzedzi.
– Jeżeli się pani zdecyduje już teraz, to nie potrzebna nam żadna umowa. Dla mnie słowo ważniejsze jest od pieniędzy – powiedział poważnie, zamykając teczkę. Wyciągnął dłoń, by przybić interes.
– Ja jestem zdecydowana, tylko pozostaje kwestia ceny. To znaczy przeczytałam, że jest do negocjacji – mówiłam spokojnie, ale moje serce biło mocno. Bałam się, że Michał Braniewski odgadnie, że jestem gotowa nawet dopłacić, by tylko stać się właścicielką wyśnionego miejsca na ziemi.
– Tak, możemy negocjować, ale w granicach rozsądku, bo cena nie jest wygórowana – ze stoickim spokojem powiedział Michał, a każde z nas wiedziało, że transakcja już się dokonała. On trzymał moją dłoń w swojej i patrzył mi w oczy, jakby tam chciał znaleźć odpowiedź na nurtujące go pytania. Dana była świadkiem tego zdarzenia, jakby oglądała film.
– Zgoda – odpowiedziałam, chociaż nie padła żadna suma.
– To jakaś magia – Dana powiedziała to na głos, ale widocznie zbyt cicho, bo my dwoje zachowywaliśmy się tak, jakbyśmy nie słyszeli niczego oprócz własnych słów.
Potem wszystko potoczyło się bardzo szybko. Michał zadzwonił do znajomego notariusza i umówił nas na sfinalizowanie transakcji za dwa dni. Pożegnaliśmy się zaraz potem, ale kiedy miałyśmy już wychodzić, gospodarz niespodziewanie zapytał, czy chciałybyśmy obejrzeć jego dom. Dana zdziwiła się i gotowa była odmówić, ale ja od razu przystałam na jego propozycję. Wyglądało na to, że oboje nie chcemy się jeszcze rozstać.
– Bardzo chętnie – odpowiedziałam i już szłam za Michałem do pokoju za kuchnią.
Była to sypialnia z wielkim łożem, ogrzewana kominkiem przyległym do kuchennego pieca. Był zbudowany z kafli w kolorze butelkowej zieleni. Meble wyglądały na ciężkie, ale do dużego pokoju pasowały znakomicie. Ogromna rzeźbiona pięciodrzwiowa szafa zajmowała całą ścianę, po przeciwnej stronie stało łoże i dwie nocne szafki, a pod oknem znajdowała się duża toaletka, która oprócz głównego lustra miała jeszcze dwa boczne ruchome skrzydła pozwalające obejrzeć się ze wszystkich stron.
– Piękna rzecz – pogładziłam blat toaletki z jakimś sentymentem. – Pana żona na pewno jest z niej zadowolona – dodałam z nutką zazdrości w głosie.
– Nie mam żony… – odpowiedział, próbując nadać lekki ton swojej wypowiedzi, ale ja wiedziałam, że to nieprawda.
Udawałam, że ta informacja nie robi na mnie żadnego wrażenia, a Michał szybko wyprowadził nas z tego pokoju. Stamtąd przeszliśmy przez korytarz do dalszej części domu. Gospodarz otworzył drzwi na wprost kuchni i pokazał nam wielką łazienkę, a właściwie pokój kąpielowy urządzony w męskim stylu, nieco surowym, ale za to wygodnym. Wszystko wyłożone było kamieniami i drewnem jak w saunie. Piec z kamieniami i ogromna balia świadczyły o tym, że pomieszczenie to spełnia podwójną funkcję. Łazienki i sauny jednocześnie. Obszerny prysznic i kilka ławeczek świadczyło o tym, że może tam przebywać kilka osób. No i drzwi balkonowe stanowiły wyjście na podest z drewna, który prowadził schodkami do stawu. Nawet zimą był to nieziemski widok. Taras był starannie odśnieżony, a więc gospodarz korzysta z niego bez względu na porę roku.
– Zapraszam dalej – mężczyzna minął kolejne drzwi, mówiąc:
– Tutaj jest toaleta.
Następnie otworzył dwuskrzydłowe drzwi, a wtedy obie wpadłyśmy w zachwyt.
Dana nawet pozwoliła sobie na spontaniczne:
– O kurczę, ale czad – co rozbawiło gospodarza.
– Ta część przeznaczona jest dla gości – skomentował to z radością Michał.
Był to ogromny pokój, a można nawet zaryzykować stwierdzenie, że dwa pokoje połączone w jedną całość. Poczułam się jak w domku myśliwskim. Kamienny kominek, belki pod sufitem i ściana przy dwóch oddzielnych łóżkach były wyłożone boazerią z ciemnego drewna, a cała reszta miała kremowy kolor z elementami kamienia. Na podłodze znajdowały się deski w tym samym co sufit i belki ciemnym kolorze, całości dopełniały wygodne fotele do siedzenia i stół z ławą blisko kominka. Na szczęście nigdzie nie zauważyłam żadnych myśliwskich trofeów, tylko przepiękne fotografie żywych zwierząt zrobione zapewne przez zawodowca.
Zaniemówiłam z wrażenia, a Dana wręcz przeciwnie. Na głos podziwiała styl, kunszt i dobry gust właściciela domu. Szerokie dwuskrzydłowe drzwi prowadziły na drewniany taras, który łączył się z jeziorkiem. Do apartamentu należała również łazienka podobna do tej dużej tylko w wersji mini.
– A teraz panie pozwolą, że pokażę moją dumę – wyszedł na korytarz i otworzył kolejne drzwi, które prowadziły do zimowego ogrodu w wersji makro. Wielkie pomieszczenie zbudowane z drewna i szkła stanowiło oazę roślin i wygodnych miejsc do siedzenia. Kolejny kominek był ozdobą oranżerii i kolejnego tarasu w ogrodzie. Dom z trzech stron był otoczony tarasami i ścieżkami z kamienia. Z przodu wyglądał tak niepozornie, a z tyłu to po prostu raj na ziemi.
– Zastanawiają się panie, dlaczego dom od frontu jest taki niepozorny? – zapytał, jakby czytał w moich myślach.
– No istotnie przeszła mi taka myśl przez głowę – odpowiedziałam. – I nie ukrywam, ciekawa jestem pana odpowiedzi.
– Po prostu jeszcze nie zakończyłem wszystkich prac. Często wyjeżdżam, więc nie starczyło mi czasu, ale mam nadzieję, że odwiedzą mnie panie jeszcze nieraz, po to chociaż, by zobaczyć efekt końcowy – uśmiechnął się tak zmysłowo i szczerze, że już wtedy wiedziałam że będę częstym gościem tego domu.
– Z pewnością jeszcze się zobaczymy – odpowiedziałam i lekko pchnęłam Danę do wyjścia.
– No wsiadaj, cholera, do tego samochodu, bo jeszcze rzuci na nas jakiś urok – gadałam jak najęta, chociaż to właśnie ja nie chciała rozstać się z tym Aniołem w ludzkim ciele.
– Co się tak gorączkujesz? Już wsiadam. – Zapinała pasy i dopiero teraz przyjrzała mi się, a ja płonęłam rumieńcem jak żywym ogniem. – A tobie co się stało?
– Chyba mam klimakterium, sama nie wiem. Jak myślisz, czy on to zauważył?
– Niby co?
– No jak to co? Moje rumieńce, aż mnie palą policzki. – Przyłożyłam dłonie do swoich rozpalonych policzków. – Chyba jestem chora.
– Tak, a ta choroba to zapewne miłość od pierwszego wejrzenia – skomentowała Dana.
– Może on faktycznie rzucił na Ciebie ten urok? – zaryzykowała stwierdzenie, chociaż w tym momencie ja sama miałam większy mętlik w głowie niż moja przyjaciółka.
Jechałyśmy więc w milczeniu, każda zajęta swoimi myślami. Do domu Dany zostało sześć kilometrów. Dojechałyśmy szczęśliwie pod osłoną nocy. Dom pogrążony był we śnie.
– Matko, jak tu ciemno – zdziwiłam się.
– Tutaj żyje się według biologicznego rytmu – odpowiedziała Dana. – Lepiej się do tego przyzwyczajaj.
– Czy ktoś wie, że my przyjeżdżamy?
– Oczywiście, że uprzedziłam Zbyszka, chyba nie myślisz, że chcę mu zrobić niespodziankę i zastać go w łóżku z inną. – Gwałtownie zatrzymałam samochód.
– Co się stało? – Dana aż krzyknęła, zaskoczona moją reakcją.
– Jak to co się stało? To ja się pytam, co ty wygadujesz? Znam was od lat i pierwsze słyszę…
– Daj spokój, Marianna, ty od dawna niczego nie dostrzegałaś dalej od własnego nosa. Nie wracajmy już do tego – spojrzała na mnie błagalnie. – Jedź do cholery, bo jestem już u kresu wytrzymałości i wiesz co? Najchętniej bym się upiła.
– Żartujesz?
– Jasne, że żartuję. Umowa to umowa, a z Bogiem się nie dyskutuje. Więc zapal ten samochód i jedźmy. – Samochód ruszył posłusznie a w jego reflektorach ukazał się duży dom.
Dana odszukała w torebce klucze i weszłyśmy do cichego wnętrza. Zapaliła mleczne światło, a dwa psy spojrzały leniwie z posłania, bo chyba dopiero wtedy się obudziły i z radością znaną tylko psom ruszyły na powitanie. Dwa wielkie wilczarze zachowywały się jak szczeniaki, kładły się przed Daną na plecach i domagały się drapania. Lizały ją po twarzy, rękach, a ona im na to pozwalała. Łezka pojawiła się jej w oku i coś tam szeptała do tych psich uszu. Widać coś dobrego, bo psy merdały wesoło ogonami. Dobrze, że one są takie szczere i kochają miłością bezwarunkową. Nie zadają żadnych pytań, nie osądzają, tylko kochają i już. W tym momencie podjęłam decyzję o kupnie psa. Nigdy przedtem nie miałam zwierzęcia w domu, bo kto by o nie dbał. Cały dzień byłam poza domem, a częste wyjazdy jeszcze komplikowały sprawę. Teraz będę miała dość czasu i z przyjemnością zadbam o czworonożnych przyjaciół. Dlaczego użyłam liczby mnogiej, tego sama nie wiedziałam, ale nie miałam czasu się nad tym zastanawiać, bo właśnie dwa olbrzymy zaczęły mnie obwąchiwać. Cała zesztywniałam i już miałam krzyknąć z przerażenia, kiedy jeden ciepły jęzor liznął mnie w rękę, a ogon drugiego psa walnął mnie po goleniach podczas radosnego powitania.
– Witajcie, pieski – przemówiłam pieszczotliwie.
– To Atos, a ten ciemniejszy to Aramis – poinformowała mnie Dana z lekkim rozbawieniem.
– To jeszcze Portos jest potrzebny do kompletu.
– Poznasz go jutro – odparła, znowu się uśmiechając. Widać że dobrze jej w domu. Zniknęło gdzieś zmęczenie, a ona stała się taka radosna
– Napijesz się herbaty? – zapytała, zapalając światło w kuchni, a ja rozglądałam się z ciekawością po tym cudownym domu. Dana stanęła w drzwiach kuchni, czytając na głos tekst z kartki, którą widocznie tam znalazła:
Pani Danusiu, kolacja w piekarniku, pokój dla pani przyjaciółki przygotowany, ten niebieski na piętrze. Jest duży i wygodny, więc w sam raz dla pani Marianny. Pan pojechał do klienta, będzie dopiero jutro wieczorem. Ja będę jak zwykle rano. Spokojnej nocy. Józia.
– Teraz się to nazywa wyjazd do klienta – parsknęła z wściekłością Dana i cały błogi nastrój prysł jak bańka mydlana.
Postawiła na dębowym stole dwa kubki z herbatą, usiadła bezsilnie na krześle i oddała się swoim myślom. Atos i Aramis umościli się na swoich posłaniach i tylko ich uszy od czasu do czasu podnosiły się, zdradzając to, że są czujne i strzegą bezpieczeństwa swojej pani. Dopiłam swoją herbatę i postanowiłam udać się na spoczynek. Przyniosłam nasze bagaże z samochodu, a moja przyjaciółka dalej tkwiła w tej samej pozycji.
– Chodźmy spać – czule pogłaskałam ją po plecach, spojrzała na mnie zdziwiona, jakby dopiero teraz dostrzegła moją obecność.
– Tak, chodźmy – zabrała tylko mój kuferek z kosmetykami i ruszyła schodami na piętro, a ja za nią z największą swoją walizką.
Wytaszczyłam ją na piętro a ona spojrzała na mnie zdziwiona.
– Po co taszczyłaś to monstrum – wskazała palcem na walizkę – skoro pralnia jest na dole?
Pierwszy raz doświadczyłam na sobie skutków nadgorliwości, którą nigdy przedtem nie grzeszyłam.
– Posegreguję rzeczy – odpowiedziałam błyskotliwie, zła na siebie.
– Dobranoc – rzuciła mimochodem i zeszła na dół.
Usłyszałam trzaśnięcie drzwiami, zapewne do jej pokoju.
–Przyjaźnimy się od tak dawna, a ja jeszcze nigdy nie byłam w tym domu – pomyślałam, zamykając za sobą drzwi do mojego pokoju.
Pozostaje pytanie, skąd zna mnie pani Józia? Wiele mam jeszcze niejasności i cieszę się, że będę miała czas i sposobność, by je wszystkie wyjaśnić. Rozejrzałam się po pokoju i faktycznie przypadł mi od razu do gustu. Jego nazwa wzięła się zapewne od tych niebieskich drobnych niezapominajek na tapecie. Meble w kolorze jasnego drewna, antyczne po starannej regeneracji cieszyły oko, a wygodne łóżko z ciemno niebieską narzutą pięknie zapraszało. Położyłam się w ubraniu, bo nie miałam siły nawet się rozebrać. Przysnęłam na chwilkę, ale mocne światło z górnego żyrandola nie dało mi spać. Wstałam i leniwie poczłapałam do drzwi, by wyłączyć światło. Nie wiem, dlaczego zamknęłam drzwi na klucz. Potem po omacku odnalazłam nocną szafkę i zapaliłam małą lampkę z niebieskim abażurem. Poszłam do łazienki. Niebiesko-białe kafelki, biała wanna na nóżkach i puszyste dywaniki w niebieskie muszelki sprawiły, że poczułam się jak na greckich wakacjach. Spojrzałam do lustra i uśmiechnęłam się do siebie.
– Witaj, Marianno – powiedziałam do swojego odbicia. Zmyłam starannie resztki makijażu i w podkoszulce położyłam się do łóżka. Wiatr wył na dworze, aż skręcało krokwie pod sufitem, a ja bezpieczna zasnęłam pod cieplutką kołdrą.
*
– O mój Boże! – Usłyszałam krzyk na dole i natychmiast poderwałam się z posłania. Tak jak stałam, na bosaka pobiegłam po schodach w kierunku głośnego lamentu.
– Co się stało? – zapytałam, dopadając starszej okrągłej kobiety pochylającej się nad moją przyjaciółką leżącą na podłodze między kuchnią a salonem.
–Nie wiem, dopiero przyszłam i tak ją zastałam – odpowiedziała mi zapłakana kobieta. – Psy biegały po podwórku w taki ziąb, wiedziałam, że coś się stało – opowiadała mi chaotycznie pani Józia. – Józia jestem – przedstawiła się. – A pani to pewnie Marianna, przyjaciółka pani?
–Tak – potwierdziłam. Schyliłam się na Daną i poczułam alkoholowy odór. Z jednej strony mi ulżyło, ale z drugiej poczułam ogromny zawód.
– Proszę mi pomóc zanieść ją do sypialni – zarządziłam, a Józia posłusznie wykonała moje polecenie.
Trochę się namęczyłyśmy, przenosząc bezwładne ciało do przylegającego do salonu pokoju. Stało w nim jedno łóżko, nie była to więc małżeńska sypialnia, ale Józia wskazała właśnie ten pokój.
– Niech pani otworzy okna – wydałam kolejne polecenie.
– Jaka tam ze mnie pani. Józia jestem – sumitowała się kobieta, otwierając jedno okno po drugim.
– Czy aby pani nie przemarznie? – dopytała zatroskana.
– Nic jej nie będzie, szybciej do siebie dojdzie – odparłam wściekła na siebie za to, że nie próbowałam nawet porozmawiać z przyjaciółką, kiedy w nocy straciła nagle dobry humor po przeczytaniu listu od swojej gospodyni. Chodziło zapewne o ten fragment dotyczący Zbyszka, a więc wychodzi na to, że Dana nie uwierzyła w ten służbowy wyjazd męża. Poczuła się osamotniona i porzucona. Troskliwie przykryłam mamroczącą Danę i nie zamykając pokoju, poszłam do kuchni.
– Zrobić śniadanie? – zapytała Józia.
– Nie, dziękuję, ale mocna kawa by się przydała. Niech Józia ma baczenie na panią, a ja pójdę się ubrać.
Stałam w kuchni w podkoszulku i fikuśnych majteczkach typu stringi nie nadających się zupełnie do paradowania po cudzej kuchni i to jeszcze w środku zimy. Otworzyłam swoją torbę monstrum i wyjęłam dres, pierwszy z brzegu. Nie ważne, czy wymagał prania, czy nie. Czarne spodnie zdawały się lekko za luźne, ale nie miałam czasu szukać innych. Te były po prostu rozciągnięte. Do tego włożyłam bladoniebieską bluzę na zamek, a na nogi niebieskie sportowe buty. Związałam włosy w koński ogon i bez makijażu pobiegłam na dół. Zajrzałam do pokoju Dany, spała niespokojnie, majacząc przez sen.
– Kawa gotowa, nie mówiła pani, jaką lubi, więc zrobiłam zwykłą parzoną, ale mogę zrobić z ekspresu.
– Dziękuję bardzo. Taka będzie dobra – napiłam się kawy i poczułam rozkosz w ustach.
– Co teraz będzie z panią? – zapytała zatroskana Józia.
– Proszę się nie martwić, wytrzeźwieje i będzie dobrze – powiedziałam to, chociaż sama w to nie wierzyłam.
– To nie takie proste, jak pani myśli. To znaczy jak myślisz, Marianno. Pani ma chorą duszę i serce zranione, a to tak szybko nie przechodzi. – Wytarła rąbkiem fartucha łzy, które pojawiły się na samo wspomnienie o kłopotach Dany. – A zresztą, co ja tam wiem. – Wstała od stołu i poszła do swoich obowiązków.
Poczułam zapach pieczeni i od razu zrobiłam się głodna. Zajrzałam do kuchni.
– Przepraszam, mogę jednak prosić o śniadanie, tak pięknie tu zapachniało, że od razu poczułam się głodna.
– Na co masz ochotę, drogie dziecko?
– Cokolwiek, proszę nie robić sobie kłopotu.
– To żaden kłopot. To może jajecznica na masełku ze szczypiorkiem?
– Bardzo proszę – usiadłam w kuchni przy kwadratowym stole, na którym Józia przygotowywała obiad dla kilku osób.
– Spodziewają się państwo gości?
– Tak. Będzie kilka osób już na obiedzie, a reszta dojedzie wieczorem.
– Ile mamy czasu do przyjazdu pierwszych gości? – dopytałam.
– Obiad ma być na czternastą dla czterech osób. Reszta, to znaczy jeszcze trzy pary, dojadą na osiemnastą. Wszyscy są znajomymi państwa, więc będzie trudno ukryć niedyspozycję pani Danusi – Józia z troską pokręciła głową. – Oj, pan będzie zły – znowu otarła mokre oczy.
– Proszę się nie martwić i wszystko przygotować na przyjazd gości, ja zajmę się Danusią.
– Oby wszystko się udało – podreptała w stronę okna, bo psy zaczęły ujadać.
– To tylko dostawca – uspokoiła mnie i odkładając fartuch na oparcie krzesła, wyszła na zewnątrz otulona grubą chustą.
Przenikliwy ziąb wdarł się do środka. Postanowiłam zamknąć okna w pokoju Dany. Ledwo wstałam, Józia pojawiła się kuchni w towarzystwie trzech psów. Atos i Aramis pobiegły do pokoju swojej pani, a trzeci – mały kundelek o zabawnym pyszczku – stanął przede mną jak wryty. Kręcił łebkiem tak zabawnie, że miałam ochotę go ucałować. Zrobiłam krok w jego stronę, wtedy zaczął przeraźliwie szczekać, a dwa wilczarze pojawiły się natychmiast w kuchni, szczerząc na mnie kły.
– Spokój – krzyknęła Józia i trzy groźne psy natychmiast się uspokoiły. – No patrzcie ich, jakie to się stały groźne. Ładnie to tak straszyć gości. W kupie raźniej? Co? A już mi do sieni, bo nie ręczę za siebie. Atos, Portos i Aramis wynocha mi stąd! – Otworzyła drzwi do sieni i cała trójka zgodnie oddaliła się z podkulonymi ogonami.
– Co to było? – Dopiero po chwili doszłam do siebie.
– One tylko tak groźnie szczekają, nie skrzywdziłby nikogo. – Chociaż ja nie byłam tego taka pewna. Cały ten harmider obudził Danę, która rzuciła jakieś wulgarne słowo w stronę psiego ujadania.



niedziela, 16 lipca 2017

MARZENIA DO SPEŁNIENIA



Wszystko zaczęło się pewnego ranka, kiedy moja przyjaciółka zadzwoniła do mnie i zakomunikowała, że musi się ze mną natychmiast spotkać, bo miała sen i chce poznać jego przesłanie. Nie bacząc na moje wykręty, że za wczesna pora, a ja w rosole i na dodatek w złym humorze, zapowiedziała szybką wizytę.
– No to zaraz będę! – krzyknęła do słuchawki i jak zwykle rozłączyła się, nie czekając na moją odpowiedź. Zdążyłam zarzucić szlafrok na piżamę, kiedy odezwał się gong dzwonka do drzwi wejściowych.
– Wiesz, co mi się śniło? – Prawie wpadła na mnie w progu, całując mnie w policzek, poszła wprost do mojej kuchni.
– Napijesz się kawy? – zapytałam. Nie czekając na odpowiedź mojej zaaferowanej przyjaciółki, wyjęłam z szafki kubki, z których zwykle pijemy kawę, kiedy mnie odwiedza. Na moim widniał napis: „Mam swoje marzenia i nie zawaham się ich spełnić”. Włączyłam czajnik, a ona w asyście odgłosów bulgoczącej wody zaczęła swoje opowiadanie.
– No więc śniłaś mi się dzisiejszej nocy – przerwała, by zrobić efektowną przerwę.
– No i co? - zachęciłam ją do zwierzeń.
– Prowadziłyśmy kawiarnię, to znaczy ja prowadziłam – poprawiła się – a ty byłaś tam ze mną. Uśmiechnęłam się, bo nie widziałam w tym nic dziwnego, ponieważ moja przyjaciółka posiada pensjonat i już jakiś czas temu mówiła o tym, że przeniesie się tam na stałe.
– To jednak zdecydowałaś się przeprowadzić? – bardziej stwierdziłam, niż zapytałam.
– Nic z tych rzeczy, kochana, to miejsce, ta piękna kawiarnia była tutaj w Wodzisławiu. Dasz wiarę?
– No cóż, czasami… – chciałam zacząć moją odpowiedzieć , ale ona mi przerwała i z błyskiem w oku zaczęła opowiadać, jak wyglądała owa kawiarnia w jej śnie.
– To było magiczne miejsce, nie mogę wręcz przestać o tym myśleć. Otaczały mnie książki, kwiaty, koronkowe serwetki, no i Anioły. A ty wiesz, że od dawna mam chęć, by nauczyć się robić takie cudeńka na szydełku?
– Służę pomocą, kiedyś robiłam, jak ty to nazywasz, „takie cudeńka”. Wystarczy, że odświeżę sobie pamięć – rozmarzyłam się razem z moją przyjaciółką.
– Ty się w ogóle nie dziwisz? – zapytała nagle.
– A czemu mam się dziwić, przecież każdy ma prawo mieć swoje marzenia – odpowiedziałam z uśmiechem, popijając łyk smacznej kawy i poczułam wdzięczność za to, że przyjaciółka wprowadziła mnie w świat swoich pragnień. Jej radość udzieliła się mi i już obie zatopiłyśmy się w radosnym tworzeniu.
– Widziałam tam taki piec z kamienia, w nim wypiekała się pizza, a zapach, jaki poczułam, był tak realistyczny, że mogłabym przysiąc, że istniał naprawdę.
– Chwileczkę, mówiłaś mi, że to ma być kawiarnia, a teraz już widzę, że to restauracja – przerwałam jej opowiadanie, by uporządkować myśli.
– No tak, a więc to była knajpka, nie kawiarnia i nie restauracja, jeżeli wiesz, o czym mówię – spojrzała na mnie i od razu zrozumiała, że jestem w tych klimatach. – Myślisz, że to normalne? – zapytała.
– Co masz na myśli?
– No to, że śniła mi się ta knajpka, kiedy ja nie mam pojęcia, jak prowadzić taki interes.
– Gdyby można było karać za marzenia właśnie odsiadywałabym dożywotni wyrok – odparłam.
– No ale ty jesteś pisarką i to chyba normalne.
– Co jest normalne? Że odsiaduję ten wyrok czy to, że mam swoje marzenia? – dopytałam coraz bardziej rozbawiona.
– To, że marzysz, bo duszę masz artystyczną, a ja pierwszy raz miałam podobny sen i poczułam takie szczęście, i chciałam się dowiedzieć, czy mam traktować ten sen dosłownie, czy raczej przestać się nad tym zastanawiać?
– Trochę dużo tych pytań, a raczej wątpliwości – odpowiedziałam wymijająco, bo sama jeszcze wtedy nie znałam odpowiedzi na wszystkie z nich. – A powiedz mi, co ja robiłam w tym twoim śnie?
– Siedziałaś przy stole i pisałaś książkę – odpowiedziała, patrząc gdzieś w dal.
– Pisałam książkę w twojej knajpce? – nie mogłam wyjść z zadziwienia.
– Ja też się zdziwiłam i nawet zapytałam w tym śnie, co piszesz – przerwała na moment, by wypić łyk kawy, bo do tej pory nawet ust nie zamoczyła, tak była pochłonięta opowiadaniem.
– No i co ci odpowiedziałam? – ponagliłam ją zainteresowana.
– Odpowiedziałaś, że ta książka jest wyjątkowa i znajdujesz w mojej knajpce natchnienie, bo ona jest kulinarna i nawet podałaś mi tytuł, jak sama powiedziałaś, „roboczy” – znowu przerwała.
– No to mów i nie trzymaj mnie w napięciu – prawie krzyknęłam podekscytowana.
– „Anielska kuchnia” – powiedziała.
– „Anielska kuchnia”? – powtórzyłam jak echo.
– Tak, i wiesz co, tam były przepisy na wegetariańskie dania – dokończyła zadowolona z efektu, jaki wywarło na mnie to opowiadanie.
– Pisałam książkę kucharską i to na dodatek wegetariańską? – nie mogłam wyjść z zadziwienia. Sama jestem mięsożerna, ale mam spore doświadczenie w kuchni wegetariańskiej, bo moja wnuczka i synowa nie jedzą mięsa już od dawna, więc wprawiłam się już w jarskim gotowaniu. Nie powiedziałam jednak o tym od razu mojej przyjaciółce. Zadziwiło mnie to, że już od jakiegoś czasu czułam, że sama powinnam wykluczyć ze swojego jadłospisu mięso. Takie anielskie podszepty, które ciągle od siebie odrzucałam.
– Nie do końca to było książką kucharską. Raczej opowiadaniem przeplatanym przepisami, ale na pewno wegetariańskimi – dodała, jakby opowiadała mi coś, czego naprawdę była świadkiem – teraz już wiesz, że nie mogłam z tym czekać i zjawiłam się tak z samego rana.
– Tak, rozumiem. – Ja co prawda miewam takie realistyczne sny i specjalnie się nie dziwię, ale moja przyjaciółka pierwszy raz z takim przejęciem opowiadała mi o swoim, który zresztą dotyczył nas obu.
– No i co ty na to? – zapytała cichym głosem, jakby obawiała się, że nas ktoś usłyszy.
– Może napiszę kiedyś taką książkę, zainspirowałaś mnie, przyznam szczerze.
– Ja pytam, co myślisz o tym pomyśle, by otworzyć knajpkę? – zapytała poirytowana brakiem zainteresowania z mojej strony.
– A co czujesz, jak myślisz o tej knajpce jak ze snu?
– Radość, spokój i ciepło – mówiąc to, położyła rękę na sercu.
– No to realizuj swoje marzenie – odpowiedziałam z radością.
– Jak to, tak po prostu?
– Na razie w marzeniach. Stwórz wystrój tego miejsca, ułóż menu, wyobraź sobie ludzi, którzy tam przychodzą, a potem jak zechcesz, stworzysz ją naprawdę w realnym miejscu. W swoim czasie, kiedy będziesz już na to gotowa.
– Mówisz poważnie?
– Najpoważniej na świecie. Tak właśnie powstają wielkie rzeczy.
– W snach? – dopytała zdziwiona.
– W marzeniach – odparłam.
– No a co z kasą, której teraz nie mam?
– Na szczęście za marzenia nie trzeba płacić – odparłam. – Póki co stwórz to miejsce w głowie. Jak taka będzie twoja droga, pieniądze się znajdą.
– Aha, znajdą się – powtórzyła za mną.
– Tak działa Prawo Przyciągania – odparłam. – Człowiek jest tym, o czym cały dzień myśli. Nie zrozum mnie źle, nie musisz myśleć o tym projekcie cały dzień, ale jak już oddajesz się marzeniom, to myśl pozytywnie. Nie piętrz problemów, nie skupiaj się na brakach, tylko otwórz umysł i pozwól swoim myślom płynąć. Zapisuj uczucia, jakie temu towarzyszą i wszystkie pomysły, które wpadną ci w tym czasie do głowy. To twoje myśli są właśnie źródłem kreatywności – zakończyłam swoją wypowiedź, a moja przyjaciółka zapatrzyła się gdzieś w dal, jakby szukała w swojej pamięci jakichś zagubionych szczegółów.
– Ty wiesz? – odezwała się po chwili. – Ja nie muszę niczego wymyślać, ja dokładnie wiem, jak ma wyglądać ta knajpka ze snu. Tylko muszę to szybko zapisać bo zapomnę – dodała i już zbierała swoje rzeczy gotowa do wyjścia. Nie zatrzymywałam jej, ponieważ wiem, że jak człowiek ma wenę, to musi pisać.
– Kup sobie po drodze fajny zeszyt i tam zapisuj swoje marzenia – poradziłam jej przy pożegnaniu.
– Już mam taki zeszyt, sama mi go podarowałaś. To mój Zeszyt Mocy – przypomniała mi. Pomachałam jej na pożegnanie, a kiedy wróciłam do kuchni, by dokończyć kawę, poczułam radość z tego powodu, że trud, jaki wkładam w tworzenie owych Zeszytów Mocy, został doceniony.

– To był cudowny poranek – powiedziałam do siebie.