poniedziałek, 25 grudnia 2017

WIGILIJNA OPOWIEŚĆ



Dzwonek do drzwi w sobotnie przedpołudnie zupełnie mnie zaskoczył. Właśnie miałam na twarzy maseczkę z alg i wyglądałam jak istota z innej planety. I to na pewno nie był komplement.

– Kto tam?! – krzyknęłam do domofonu, żeby wystraszyć potencjalnego domokrążcę.

– To ja, Roma. Dlaczego tak wrzeszczysz, o mało nie dostałam zawału? – uwolniłam przycisk z kluczykiem i bramka niczym sezam otworzyła się przed moją przyjaciółką.

– Wyobraź sobie, kochana, co mnie dzisiaj spotkało z samego rana. – Weszła do mojego domu tak zaaferowana, że nie zauważyła mojego kosmicznego wyglądu.

– Wygrałaś w totolotka?

– Nie żartuj sobie. Wiesz, jestem taka wściekła, że nie mogę znaleźć sobie miejsca. Wyobraź sobie, że on zjawił się u mnie dzisiaj o dziewiątej rano, oczywiście niezapowiedziany i od razu wypalił z tą propozycją. No i oczywiście odmówiłam mu, bo przecież jestem już umówiona z tobą.

– Zaraz, jaki on i co to za propozycja? Przypominam ci, kochana, że w naszym wieku każda, nawet niemoralna propozycja jest bezcenna, a zwłaszcza z rana.

Przyjaciółka spojrzała na mnie, jakbym była przeźroczysta, chociaż miałam tę zieloną maseczkę na twarzy. Dziwnie się poczułam, ale co tam, zachowywałam się tak, jakbym codziennie tak biegała po domu. Zaparzyłam dla nas dwie kawy. Zrobiłam to machinalnie, nawet nie pytając Romy, czy ma na nią ochotę. Usiadła jak zwykle w kuchni przy oknie i zapatrzyła się na sikorki, które właśnie przyleciały do karmnika na śniadanie.

– Dowiem się w końcu, co ci się dzisiaj przytrafiło?

– Co ty masz na twarzy? – W końcu zauważyła.

– Maseczkę. A co, myślałaś, że właśnie linieję? – poszłam do łazienki doprowadzić się do porządku. Kiedy wróciłam po kwadransie, Roma dalej siedziała, gapiąc się przez okno. Obie kawy wylałam do zlewu, bo już zupełnie wystygły.

– Dzisiaj Artur zaproponował mi wczasy w Szczyrku, od Wigilii do Nowego Roku. Co on sobie myślał, przecież my się prawie nie znamy – mówiła wzburzona.

Artur to emerytowany profesor, którego Roma poznała w lutym tego roku w przychodni, będąc na kontroli u okulisty. Potem spotkali się tam jeszcze kilka razy, podobno on przychodził tam w nadziei, że ją spotka. W końcu odważył się i zaprosił ją na kawę. I tak stali się parą przyjaciół. On jej pomaga w domowych pracach wymagających męskiej ręki, a ona w rewanżu zaprasza go na niedzielne obiady składające się z dwóch dań i deseru.

– Chodzicie razem do teatru i do kina, na zakupy i spacery. Spędzacie ze sobą dużo czasu, ja osobiście nie widzę nic niestosownego w tym zaproszeniu. Roma, to bardzo ładnie z jego strony, to oznacza że jesteś dla niego bardzo ważna. Dlaczego to cię tak zdenerwowało? Przecież nie jesteś już dziewicą i nie przeraża ci chyba spanie z mężczyzną w jednym łóżku.

– No wiesz, Wiktoria, ty wszystko sprowadzasz do jednego. Artur jest dżentelmenem i zaproponował mi zakwaterowanie w dwupokojowym apartamencie, i zadeklarował, że będzie spał na kanapie w salonie, a mnie odda sypialnię na wyłączność.

– I to cię tak wkurzyło?

– Nie żartuj sobie ze mnie. Przecież umówiłyśmy się, że spędzimy te święta razem.

– A, to o to chodzi? Mną się nie przejmuj, już jakiś czas temu córka zaprosiła mnie do siebie, ale odmówiłam ze względu na ciebie, lecz w tej sytuacji byłby wilk syty i owca cała. Ada się ucieszy, jak przyjmę jej zaproszenie, no i dzieciaki zobaczę – skłamałam na zawołanie, bo nie chciałam by Roma rezygnowała z fajnego wyjazdu z mojego powodu.

– Myślisz, że to wypada?

– Myślę, że tak. Pozostaje tylko pytanie, czy ty chcesz pojechać tam z Arturem?

– Bardzo chcę, jak niczego na świecie – spojrzała na mnie zmieszana.

– To bierz telefon i dzwoń, póki się jeszcze nie rozmyślił. No dzwoń! – ponagliłam ją.

Wzięła telefon i wyszła do sąsiedniego pokoju. Wróciła podekscytowana i oznajmiła mi, że on bardzo się ucieszył i wszystko już sobie wyjaśnili. Za kilka minut usłyszałyśmy klakson przed domem.

– To Artur, bardzo cię przepraszam, Wiki, ale musimy przed wyjazdem omówić jeszcze kilka spraw – ucałowała mnie i wyszła.

Pomyślałam sobie. jaki świat jest dziwny. A może świat jest w porządku, tylko to ludzie niepotrzebnie komplikują sobie życie? Ja bynajmniej nie miałam pretensji do mojej przyjaciółki, że wystawiła mnie do wiatru tuż przed Wigilią. Cieszyłam się jej szczęściem, bo ona zasługuje na wszystko co najlepsze. Od sześciu lat jest zupełnie sama, ja to chociaż mam dzieci. No cóż, średnie to pocieszenie, bo i tak zostałam na święta sama. Ada wyjechała z rodziną do teściów, Kuba pojechał na narty ze swoją nową przyjaciółką i szusuje gdzieś w szwajcarskich Alpach, wrócą dopiero po Nowym Roku. Najmłodszy Filip wybrał się do ciepłych krajów, tak na przekór wszelkim zwyczajom. Nie mam do nich pretensji, razem z mężem tak ich wychowaliśmy, żeby spełniali swoje marzenia i żyli po swojemu.

No cóż, a ja postanowiłam dłużej nie udawać, że święta nie istnieją. Zrobiłam listę zakupów, bo ten czas rządzi się swoimi prawami. Sama czy nie, musi być na bogato. Przez kolejne dwa dni lepiłam pierogi z kapustą i grzybami, zrobiłam barszcz czerwony na zakwasie, który dostałam od Romy. Kochana Romeczka straciła głowę dla Artura. Powiedziała mi w głębokiej tajemnicy, że kanapa w salonie nie nadaje się do spania i że kolejny raz w życiu zakochała się jak szalona. A ja się cieszę, że chociaż trochę się do tego szczęścia mojej przyjaciółki przyczyniłam. W ferworze przedświątecznej radości upiekłam makowiec, sernik i maślane ciasteczka.

Zrobiłam śledzie, rybkę po grecku i właśnie miałam zabrać się za makówki, kiedy mój telefon rozdzwonił się gdzieś w przedpokoju. Nim wygrzebałam go z torebki, zamilkł. Myślałam że to kolejny raz dzieci, bo przez ostatnie dni wprost zadręczały mnie telefonami. A to martwiły się na zmianę, że będę sama na święta, a to kolejny raz upewniały się, czy u mnie jest wszystko w porządku. Z początku byłam zadowolona, bo moje matczyne ego zostało mile podłechtane, ale teraz czuję się po prostu osaczona, chyba wyłączę ten telefon i będę miała święty spokój.

Z tym postanowieniem ruszyłam do kuchni z komórką w ręku, włożyłam na nos okulary i jakież było moje zdziwienie, kiedy zobaczyłam nieznany mi numer. Wpadłam w panikę i teraz to ja obdzwoniłam całą trójkę. Moje dorosłe już pociechy ucieszyły się bardzo, że u mnie wszystko w porządku i kolejny raz złożyliśmy sobie świąteczne życzenia. Wytłumaczyłam sobie, że ten telefon to musi być jakaś szczególna promocja usług bankowych albo jakichś tam innych świątecznych produktów. Pomyślałam z empatią o osobach, które z powodu wykonywanej pracy są nielubiane przez większość użytkowników telefonów komórkowych.

Zabrałam się za porządki i kiedy podziwiałam efekt mojej kilkugodzinnej pracy, telefon rozdzwonił się ponownie.

– Słucham – warknęłam do telefonu.

– Czy pani Wiktoria Łaniewska?

– Tak, słucham.

– Nazywam się Teodor… – i tyle usłyszałam, bo trzaski na linii przerwały na moment połączenie.

– Słucham! – już chciałam odłożyć telefon, kiedy usłyszałam kolejny strzępek rozmowy – No i Bonita utknęła w piwnicy pani domu…– i znowu jakieś trzaski przerwały rozmowę. Próbowałam oddzwonić na numer, który wyświetlił się na ekranie, ale bezskutecznie.

– Abonent jest poza zasięgiem lub prowadzi rozmowę – powiedziała do mnie automatyczna sekretarka.

Może to pomyłka – pomyślałam przez chwilę, ale przecież ten Teodor wymienił moje imię i nazwisko. Ale chyba się pomylił, przecież ja nie mam w domu piwnicy…I wtedy mnie olśniło. Przecież chodzi o mój domek w górach, wieki tam nie byłam. Głównie córka korzystała z niego i spędzała tam dużo czasu z rodziną. Wielokrotnie mnie zapraszała, ale zbyt mocno przypominało mi to miejsce mojego męża, bo ten dom to było jego ukochane miejsce na ziemi. Spędziliśmy tam wiele pięknych chwil. Planowaliśmy przenieść się do Twardorzeczki na stałe z chwilą, kiedy Jurek przejdzie już na emeryturę, ale się nie doczekaliśmy. Kiedy mąż zmarł (mój Boże, to już trzeci rok!) nie chciałam tam wracać.

No cóż, nie mogę pomóc temu człowiekowi, bo nie wiem zupełnie o co mu chodzi. Jaka Bonita, no i dlaczego utknęła w piwnicy mojego domu? Może to jakiś włamywacz, aż strach pomyśleć, co mogłoby się przydarzyć samotnej kobiecie mieszkającej w takim odludnym miejscu.

Położyłam się spać dość wcześnie, bo poczułam zmęczenie po trudach świątecznych przygotowań. Byłam z siebie dumna, że tyle zdołałam zrobić w tak krótkim czasie. Nie chciałam się przyznać przed sobą, że te wszystkie prace były po to, by nie myśleć o samotności, która przerażała mnie głównie w święta. No cóż, niczego już nie zmienię, więc chociaż zrobię wszystko, by było pięknie i wyjątkowo. Pomyślałam przez moment, że może samotny wędrowiec zawita w progi mojego domu, więc – jak tradycja nakazywała – przygotowałam się na tę ewentualność. Zasnęłam w przeświadczeniu, że nie będę w święta sama.

Wcześnie rano pojechałam na cmentarz, by postawić na grobie Jurka stroik świąteczny. Tym razem nie wdawałam się z nim w niepotrzebne dyskusje, bo to kończyło się zawsze płaczem i pretensjami, miałam żal do niego za to, że zostawił mnie samą. Tym razem życzyłam mu szczęśliwych świąt i w pośpiechu wróciłam do samochodu. Zimno doskwierało, a ciemne chmury zapowiadały opady śniegu.

Wpadłam do domu wiedziona jakimś złym przeczuciem. Spojrzałam na wyświetlacz telefonu, który zostawiłam na komodzie w przedpokoju i ku mojemu zdziwieniu zobaczyłam kilka nieodebranych połączeń. Kolejno każde z moich dzieci dopytywało, co u mnie. Jakby się zmówili czy co? Roma dzwoniła kilka razy. No i znowu wyświetlił się ten tajemniczy numer, ale tym razem była to wiadomość esemesowa.

Teodor: Droga pani, dzwoniłem wczoraj w sprawie mojej kotki Bonity, która wiedziona wrodzoną ciekawością wlazła przez uchylony lufcik do piwnicy pani domu i utknęła tam na dobre. Rozpaczliwie oczekuję szybkiej pomocy, bo w przeciwnym razie będę zmuszony włamać się do pani domu i w konsekwencji spędzić Wigilię w więzieniu. Teodor Biały. Ps. Proszę o szybką odpowiedź.

Ja: Bardzo mi przykro z powodu zaistniałej sytuacji, ale nie będę mogła panu pomóc. Zdaje sobie pan sprawę, że dzisiaj jest Wigilia? A tak w ogóle, skąd ma pan numer mojego telefonu?

Teodor: Numer mam od naszych wspólnych sąsiadów, niestety pani córka tym razem zapomniała zostawić klucz na wypadek, gdyby się coś stało. Błagam panią o pomoc. Bonita jest wredną starą kotką, ale to jednak moja przyjaciółka. Nie poradzi sobie w tak ekstremalnych warunkach. Zaznaczam również, że nie odpowiadam za ewentualne zniszczenia, których może dokonać w efekcie skrajnych emocji.

Miotałam się po domu, próbując podjąć jakieś rozsądne działanie. Przyszło mi do głowy kilka pomysłów, ale w obliczu rozpoczynających się właśnie świąt i złej pogody nie udało się wdrożyć ich w życie.

Ja: Dobrze, przekonał mnie pan. Przyjadę z odsieczą. I mam nadzieję, że to nie głupi żart, bo zapewniam pana, że jestem bardzo złośliwą starą kobietą, która skutecznie uprzykrzy panu życie. Wyjeżdżam za godzinę, a więc na miejscu będę około trzeciej. Do tego czasu jest pan skazany na siebie. I uprzedzam że robię to wyłącznie z miłości do zwierząt.

Teodor: Czekamy w takim razie niecierpliwie i dziękuję w imieniu Bonity.

No to się urządziłam, ta moja empatia i brak asertywności nie raz już postawiły mnie w niezręcznej sytuacji. No cóż było robić, nie mogłam zostawić zwierzęcia w tak trudnym położeniu i to na dodatek w Wigilię. Wytoczyłam z garażu dopiero co wstawiony tam samochód. Pieczołowicie spakowałam wszystkie smakołyki i wyruszyłam w podróż. Tego bym się po sobie nie spodziewała, że będę przejmować się losem kota do tego stopnia, żeby zmienić swoje plany na wigilijny wieczór. Pierwsze kilometry upłynęły spokojnie, potem śnieg utrudniał mi jazdę. Kiedy dotarłam na miejsce, było dobrze po czwartej, a pierwsza gwiazdka już błyszczała na niebie. Przed domem mój sąsiad razem z jakimś mężczyzną przybierali choinkę w kolorowe światełka. Na mój widok ochoczo ruszyli na przywitanie. Podwórko zastałam odśnieżone, drogę dojazdowa również. Widać, że panowie nie marnowali czasu.

– Dzień dobry pani. Teodor Biały. – Postawny mężczyzna przedstawił się i pocałował mnie w wyciągniętą na powitanie dłoń. Był uroczy i trochę staroświecki, chociaż wyglądał dość młodo.

– Witaj Wiktorio. – Mój sąsiad, który opiekował się naszym domem od lat, pocałował mnie w policzek i przepraszając, oddalił się w stronę swojego domu.

– Mieszkam tam – Teodor wskazał ręka dom na końcu drogi, który mienił się tysiącem światełek jak na reklamie Coca-Coli.

– No to chodźmy ratować Bonitę. – Wyjęłam z torebki pęk kluczy i otworzyłam drzwi.

W domu panował wzorowy porządek, widać było, że dzieci należycie o niego dbały.

– Pięknie tu u pani. – Teodor rozejrzał się po wnętrzu urządzonym w góralskim stylu.

Domy z bali mają ten specyficzny urok, który działa na wszystkich bez wyjątku – pomyślałam.

– No to chodźmy ratować pana przyjaciółkę. – Otworzyłam drzwi do piwnicy, zapaliłam światło, a Teodor zaczął nawoływać kotkę. Zamiauczała porozumiewawczo gdzieś w głębi piwniczki.

– Tu jesteś, moja droga.

Kotka zwinięta w kłębek leżała sobie spokojnie na beczce, w której kiedyś była kiszona kapusta. Była zjawiskowa. Wielka perska kotka o szarosrebrnym umaszczeniu. Miała piękne, jasnoniebieskie, mądre oczy. Jej pan troskliwie wziął ją na ręce, ale wyśliznęła mu się zgrabnie i poszła wprost do domu. Bez zastanowienia wpakowała się na fotek koło kominka, który zwykle zajmował Jurek.

– Przepraszam bardzo za moją kotkę, ale on zupełnie się z nikim nie liczy.

– Nic się nie stało – poczułam jakąś dziwną nić porozumienia z Bonitą, jakbym ją znała od wieków.

– Może ja w drodze rewanżu pomogę zapalić w kominku. Gdzie jest drewno?

– W drewutni za domem. Jeżeli w ogóle tam jest, nie było mnie tutaj od trzech lat. – Nie wiem, dlaczego zwierzałam się zupełnie obcemu człowiekowi. Zanim się obejrzałam, on już przybył z naręczem drewna.

– Jest pani zaopatrzona na całą zimę – mówił, strzepując śnieg na progu domu. – Mam taką propozycję. Ponieważ to trochę potrwa, zanim w pani domu zrobi się ciepło, zapraszam do mnie na wigilijną kolację. Nie mam nic specjalnego do zjedzenia, ale jak pani nie pogardzi pstrągiem świeżutko przyrządzonym z masełkiem i pietruszką oraz tradycyjną sałatką jarzynową, to bardzo zapraszam.

– Nie mam specjalnie wyboru, więc chętnie skorzystam, a o jedzenie proszę się nie martwić, bo mam wszystko, czego potrzeba, w bagażniku samochodu.

– No to zapraszam. W kominku pali się już całkiem dobrze, więc możemy spokojnie ewakuować się do mojego domu, tym bardziej, że pora zrobiła się późna.

Teodor zabrał kotkę, a ja zamknęłam dom i wspólnie ruszyliśmy do niego. Mój terenowy samochód bezpiecznie poruszał się po ośnieżonej drodze. Kolejny raz z miłością pomyślałam o Jurku, który kupił mi go w trosce o moje bezpieczeństwo na górskich drogach.

Zaparkowałam przed samym wejściem, by usprawnić transport wiktuałów, które tak pieczołowicie przygotowałam przez kilka dni poprzedzających Wigilię. No i niech mi ktoś powie, że moje przeczucia mnie zawiodły. Z tą tylko różnicą, że to ja właśnie stałam się wędrowcem, który trafił pod dach gościnnego domu.

Bonita od razu zajęła miejsce na kanapie tuż koło stołu. Bacznie mnie obserwowała, co rusz łypiąc na mnie tymi pięknymi ślepkami. Poczułam się w domu Teodora nad wyraz dobrze, jak nie przymierzając gospodyni, a on sam okazał się cudownym kompanem, pomimo że dopiero się poznaliśmy. Kolędy cichutko grały, choinka stała obok kominka pięknie przystrojona, tak jak cały dom, co świadczyło o tym, że gospodarz ma artystyczną duszę. Kiedy zasiedliśmy do stołu poczułam magię wigilijnej nocy. Połamaliśmy się opłatkiem, złożyliśmy sobie życzenia tak, jakbyśmy znali się od lat. Potem długo biesiadowaliśmy, opowiadając sobie na przemian historie z naszego życia, które przeżyliśmy w świąteczny czas. Okazało się, ze Teodor Biały jest uznanym pisarzem, który po śmierci swojej żony wrócił z emigracji na stare śmieci.

Po obfitej kolacji wspólnie śpiewaliśmy znane kolędy, potem uporządkowaliśmy stół i wybieraliśmy się na pasterkę do pobliskiego kościółka. Kiedy wychodziliśmy z domu, Bonita spojrzała na mnie tak, że aż ciarki przeszły mi po całym ciele. Już wiem, skąd znałam to mądre spojrzenie niebieskich oczu. Jurek patrzył tak na mnie ukradkiem, a ja czasami przyłapywałam go na tym. Czyżby to, co dzisiaj się wydarzyło, było sprawką jego i tajemniczej Bonity?

Niczemu się dzisiaj nie dziwię, bo Wigilia to wyjątkowy czas. W tym właśnie momencie podjęłam decyzję, że zostanę tu na dłużej i sprawdzę, czy wigilijna przygoda będzie miała szczęśliwe zakończenie. W życiu tak jest, że to, co się nam przydarza, ma głębszy sens i nie dzieje się zwykle bez przyczyny. Problem polega na tym, by dostrzec magię w zwyczajnym, codziennym życiu.

Święta Bożego Narodzenia natomiast rządzą się swoimi prawami, zwierzęta mówią ludzkim głosem, marzenia się spełniają, a ludzie znajdują bratnią duszę w momencie, kiedy się zupełnie tego nie spodziewają.







niedziela, 17 grudnia 2017

LIST DO ŚW.MIKOŁAJA IV



– Dzień dobry pani. – Becia zeszła pierwsza na śniadanie.

– Dzień dobry. Siadaj, kochanie. – Ewa odruchowo wskazała dziewczynie miejsce przy stole, to samo, które zajmowała wczoraj. – Częstuj się – postawiła przed nią na stole kubek z ciepłym kakaem i zabrała się do smażenia naleśników.

– Dzień dobry. – Krysia weszła do kuchni, zakładając kuchenny fartuszek. – Widzę, że mamy gościa na śniadaniu – radośnie przywitała się z dziewczynką.

– Dzień dobry pani – Becia jak zwykle grzecznie odpowiedziała na przywitanie.

– Pani Krysia pomaga mi zajmować się domem – wyjaśniła Ewa. – A to koleżanka Stasia, ma na imię Becia i zostanie z nami na jakiś czas.

– Bardzo mi miło, młoda damo. No to w takim razie musimy sobie porozmawiać od serca.

Becia zrobiła wystraszoną minę, więc Krysia od razu wyjaśniła, o co jej chodzi:

– Opowiesz mi, jakie potrawy lubisz, a czego nie jadasz. Znam gusta kulinarne wszystkich domowników i z przyjemnością gotuję ich ulubione potrawy. Chciałabym lepiej poznać i ciebie od tej strony.

Becia robiła coraz większe oczy, więc Ewa poczuła, że trzeba wdrożyć dziewczynkę w zwyczaje tego domu.

– Wszystko ci wyjaśnię później, teraz jedz spokojnie, a potem pojedziemy do szpitala porozmawiać z twoją mamą.

– Dzień dobry. – Staś usiadł przy stole na swoim miejscu.

Był naburmuszony, ale apetyt na szczęście mu dopisywał. Nałożył sobie naleśnik na talerz, posmarował go twarożkiem, a na górę nałożył grubą warstwę dżemu malinowego, który Krysia zrobiła własnoręcznie pod koniec lata. Becia nie spuszczała z niego zdziwionego wzroku. Nie mogła zrozumieć, dlaczego dąsa się na swoją mamę zupełnie bez powodu. Tak to jest, jak człowiek nie docenia tego, co ma. Dziewczynce nie mieściło się w to w głowie. Postanowiła porozmawiać z nim o tym zaraz po śniadaniu.

– Coś nas królewicz dzisiaj nie w humorze? – Krysia skomentowała sytuację panującą przy stole, tarmosząc z miłością modną fryzurkę chłopca.

Staś rozchmurzył się nieco, co świadczyło o sympatii, jaką darzył kobietę. Jednak ani Ewa, ani jej syn nie skomentowali jej słów. Krysia była w domu Dworskich niemalże od początku. Staś był jej oczkiem w głowie, a jej pracodawcy stali się dla niej drugą rodziną. Teraz, kiedy owdowiała, a syn wyjechał na staż do Stanów Zjednoczonych, doceniła to, że Dworscy traktowali ją jak członka rodziny. Jedynie rodzice Ewy patrzyli na nią z góry, ale na szczęście tylko na święta zostawali na dłużej w tym domu, a Krystyna nauczyła się schodzić im z drogi.

– Stasiu, pojedziesz ze mną i Becią do szpitala? Chcę porozmawiać z jej mamą, a potem możemy pojechać na świąteczne zakupy. – Ewa patrzyła na syna z miłością, rozumiała jego zachowanie i niczego nie chciała wymuszać.

– Ja nie mogę z wami jechać – odburknął chłopiec, chociaż jeszcze wczoraj namawiał matkę na tę wizytę.

– Jak chcesz. W takim razie spotkamy się w domu o czternastej na obiedzie. Tata jest u siebie, więc jakbyś chciał pogadać, to wiesz, gdzie go szukać. – Pogłaskała syna delikatnie po plecach, a on ugiął się pod jej dotykiem, jakby położyła mu na plecach jakiś ciężar..

Ewa od razu wyczuła jego niechęć i zrobiło się jej przykro. Krysia obserwowała ich z boku. Natychmiast zauważyła, że coś nie gra, bo normalnie ich relacje są zupełnie inne – radosne i przyjacielskie. Ewa nic nie jadła i wyglądała na zmęczoną, a jej syn na obrażonego. Adam był już w gabinecie, co raczej mu się nie zdarza przed śniadaniem, chyba że przytrafi się jakiś trudny przypadek. Widać było gołym okiem, że coś się wczoraj wydarzyło, ale ona nie chciała być wścibska. Przyglądała się tylko z troską ludziom, którym życzyła jak najlepiej.

– Ewuniu, a ty co zjesz na śniadanie? – Krysia zagadnęła z troską.

– Ja dziękuję, nie jestem głodna. Napiłabym się herbaty, więc jeśli mogę prosić…

– Oczywiście zaraz ci, kochana, zaparzę, może tę zieloną, którą tak bardzo lubisz?

–- Tak, poproszę zieloną z jaśminem.

Krysia włączyła czajnik i wyjęła z szafki dwa kubki. Biały dla Ewy i różowy dla siebie. Do jednego włożyła sitko z porcją suchej herbaty a do drugiego wsypała dwie kopiate łyżeczki kawy i łyżeczkę cukru. Kiedy czajnik się wyłączył, zalała wrzątkiem oba naczynia. Młodzież oddaliła się do pokoju Stasia, a ona z Ewą usiadły przy stole. Krysia złożyła jedynie talerze po śniadaniu i włączyła zmywarkę. Ewa dłuższą chwilę siedziała, milcząc, jakby zbierała myśli.

– Krysiu, jak już zauważyłaś, mamy ze Stasiem pewien problem, ale ja mam nadzieję, że wszystko się dobrze ułoży. Mój syn ma coś do przemyślenia, ale to dobre dziecko, więc myślę, że to kwestia kilku dni i wszystko wróci do normy.

Krysia słuchała z zainteresowaniem. Dobrze znała swoją pracodawczynię i wiedziała, że to tylko wstęp do tego, co chce jej tak na prawdę powiedzieć.

– Podjęliśmy razem z mężem decyzję o tym, że w naszym domu urządzimy rodzinny dom dziecka. – Krysia podniosła wzrok na Ewę, jakby nie zrozumiała, o czym ona mówi. – No i mam pytanie w związku z tym. Czy zechcesz nam w tym pomóc? Bo jeżeli nie, to ja to zrozumiem i poszukam kogoś innego, a ty, kochana, możesz zostać z nami na starych warunkach. W razie gdybyś przyjęła propozycję, to twoje wynagrodzenie oczywiście zostanie zwiększone proporcjonalnie do dodatkowych obowiązków. – Ewa nie mogła rozczytać z twarzy Krysi, jakie wrażenie zrobiła na niej ta wiadomość.

– Przyznam szczerze, że jestem zdziwiona waszą decyzją, tak na plus zdziwiona. Nie sądziłam, że chcecie powiększyć rodzinę i to o cudze dzieci. Jestem oczywiście zdecydowana zostać z wami, ale nie wiem, czy podołam dodatkowym obowiązkom. W każdym razie bardzo się cieszę, że wasz dom zapełni się dziecięcym śmiechem. A o Stasia się nie martw, on jest dobrym i mądrym chłopcem, ale musi mieć czas, by sobie to wszystko poukładać. Niełatwo jest podzielić się z innymi tym, co najcenniejsze, zwłaszcza jeżeli chodzi o uwagę i miłość rodziców.

– Serce mi pęka, kiedy widzę, jak Staś cierpi, ale nie potrafię inaczej. Nadszedł czas, bym spełniła swoje marzenie o dużej i szczęśliwej rodzinie. Ponieważ Bóg dał nam tylko jedno dziecko, postanowiliśmy dać to, co mamy najcenniejszego, dzieciom, które z różnych powodów zostały pozbawione szczęścia wychowywania się w normalnej rodzinie.

– Bóg wam to wynagrodzi. – Krysia wstała od stołu, by ukryć łzy szczęścia, które same napłynęły jej do oczu. Stanęła tyłem do Ewy i dyskretnie wytarła oczy chusteczką, którą wyjęła z kieszonki fartucha. – Czas wracać do roboty.

Zabrała się za sprzątanie resztek jedzenia. Joker zjawił się przed nią jak na zawołanie.

– Chcesz, piesku, śniadanko? Zaraz ci coś smacznego naszykuję – mówiła do zwierzaka jak do człowieka.

Był mądry, wierny i wszyscy traktowali go jak członka rodziny. Pokiwał łbem na znak, że wszystko zrozumiał i cierpliwie czekał na swoje śniadanie. Do psiej miseczki wrzuciła co lepsze kawałki kiełbasy, chleba i twarogu. Wiedziała, że Adam nie popierał karmienia psa resztkami ze stołu, ale ona i Ewa czasami nie przestrzegały zaleceń pana doktora i rozpieszczały swojego pupila.

– Dziękuję bardzo za herbatę. – Ewa pospiesznie wstała od stołu i prawie pobiegła na piętro.

W ostatniej chwili weszła do łazienki i zwymiotowała. Torsje wymęczyły ją okropnie. Usiadła na krzesełku obok umywalki. Spojrzała na swoje odbicie i przeraziła się tym, co zobaczyła w lustrze.

– Boże, co z człowiekiem może zrobić stres. Tak się przejęłam tą wczorajszą sytuacją z synem, że aż moje ciało na to odpowiedziało. Muszę wyluzować, bo w przeciwnym razie rozchoruję się i będą zmuszona marzenia odłożyć na inne lepsze czasy. – Uśmiechnęła się do siebie, obmyła twarz zimną wodą i postanowiła trochę odpocząć.

Położyła się na kanapie w swoim gabinecie i musiała chyba zasnąć, bo obudziło ją delikatne pukanie do drzwi.

– Mamo, jesteś tu? – Staś uchylił drzwi jej pokoju. – Mamusiu, ty się źle czujesz?

– Trochę się źle poczułam, ale już jest wszystko dobrze. – Podniosła się nieco, ale opadła z powrotem na swoje posłanie. Zrobiło się jej czarno przed oczami, słyszała, jak syn coś do niej mówił, ale nie mogła zrozumieć ani słowa.



– Kochanie, co ci jest? Otwórz oczy, Ewuniu! – Poczuła zimy okład na swoim czole, ale nie mogła się wybudzić. Kiedy z trudem otworzyła oczy, zobaczyła przerażoną twarz męża, Stasia i wystraszone wielkie oczy Beci, ale nie mogła w żaden sposób zareagować.

– Pogotowie już jedzie – zakomunikowała Krysia, wchodząc do pokoju Ewy.

– Co się stało? Jakie pogotowie? – Ewa dopytywała męża.

– Spokojnie, Ewuniu, zaraz nadjedzie pomoc. Teraz odpocznij sobie.

Ewa zamknęła oczy i stosując się do zaleceń męża, spokojnie leżała. On trzymał ją za rękę i od czasu do czasu zmieniał kompres na czole.




– Gdzie jest chora? – Usłyszała obcy męski głos dobiegający ze schodów prowadzących na piętro.

– Mama jest tutaj – Staś poważnym głosem kogoś instruował.

– Dzień dobry, nazywam się Paweł Wysocki i jestem lekarzem Pogotowia Ratunkowego – mężczyzna przedstawił się i od razu przystąpił do diagnozowania chorej.

Ewa była jakby obserwatorem tego zdarzenia, niby wiedziała, że to jej dotyczy, ale nie potrafiła ocknąć się z tego letargu.

– Czy pana żona nie jest aby w ciąży? – lekarz zapytał Adama.

– Nic mi o tym nie wiadomo, ale bardzo bym się ucieszył, gdyby tak było. A wie pan? To jest bardzo prawdopodobne, bo żona ostatnio dość dużo schudła i nie czuła się najlepiej.

– Pani Ewo, słyszy mnie pani? – lekarz założył jej opaskę ciśnieniomierza na przegub ręki.

– Tak, słyszę, tylko jestem taka słaba, że nie mogę nawet podnieść głowy.

– Proszę leżeć spokojnie. Zmierzę pani ciśnienie, potem pobiorę krew do badania. Czy pani jest w ciąży?

– Nie, raczej nie. – Ewa myślała intensywnie, ale nie mogła sobie przypomnieć, kiedy miała ostatnią miesiączkę.

Szum w głowie uniemożliwiał jej myślenie. Adam spojrzał na nią z nadzieją. Ale ona nie mogła niestety potwierdzić przypuszczeń doktora, chyba już nawet straciła nadzieje na to, że mogła być jeszcze matką.

– Jakieś dwa tygodnie temu miałam ostatnią miesiączkę – odpowiedziała lekarzowi.

– Ciśnienie sto na sześćdziesiąt, a więc bardzo niskie i stąd to pani omdlenie. Radziłbym wizytę u pani lekarza pierwszego kontaktu i zrobienie kompleksowych badań. Nie można bagatelizować takich wyraźnych sygnałów, jakie wysyła organizm.

– Tak, ma pan rację. Zabiorę zaraz żonę do szpitala. Mój przyjaciel jest naszym lekarzem rodzinnym. Zaraz do niego zadzwonię. – Adam wyszedł z pokoju po swój telefon, a Ewa została sam na sam z lekarzem.

– Napędziła pani strachu rodzinie, proszę zadbać o siebie i jeszcze dzisiaj udać się do lekarza. A tu zostawiam pani zlecenie na badania i kartę informacyjną. – Lekarz wstał, pożegnał się z pacjentką i wyszedł, zostawiając ją samą.

– Mamusiu, mogę wejść? – Staś zajrzał do jej pokoju.

– Oczywiście, wejdź, kochanie. – Ewa ucieszyła się, kiedy zobaczyła swojego pierworodnego.

– Przepraszam, że cię zdenerwowałem. Ja już to wszystko przemyślałem i zgadzam się na to rodzinne…

– Stasiu, kochanie, nie teraz. Porozmawiamy na ten temat później – ojciec wszedł do pokoju i przerwał ten jego monolog.

– Ale ja chciałem tylko przeprosić mamę. – Chłopiec był bliski płaczu.

– To nie twoja wina, że mama poczuła się źle. Teraz skupimy się na tym, by ustalić, co jej dolega, a dopiero potem wrócimy do tej rozmowy. Zaraz zabieram ją do wujka Jurka na konsultację. Mama Beci leży w tym samym szpitalu, więc ona pojedzie z nami. Jak masz ochotę, możesz do nas dołączyć.

Ewa przysłuchiwała się rozmowie ojca z synem i kolejny raz dziękowała Bogu, że ma takiego dobrego męża, który jest nie tylko wspaniałym partnerem, ale i ojcem. Spokój, jaki od niego emanował, udzielił się im wszystkim.

– Dobrze, pojadę z wami, tylko znajdę Becię. Będziemy czekać na was na dole.

Staś wyszedł z pokoju i dopiero teraz Adam poczuł prawdziwy strach, wiedział przecież, że omdlenie może być spowodowane czymś znacznie poważniejszym, niż się wydawało.

– Adasiu, nie martw się. Ja już czuję się zupełnie dobrze.

Leki, jakie zaaplikował jej lekarz pogotowia widocznie zaczęły już działać i Ewa poczuła się nieco lepiej, ale nadal była blada i z trudem oddychała.

– Może jutro pojedziemy do szpitala? – Spojrzała na męża i wiedziała, że niczego nie wskóra.

– Proszę cię, Ewuniu, chociaż raz mnie posłuchaj. – Patrzył na nią błagalnie. Jej duże piękne oczy wydały mu się jeszcze większe, a twarz zmizerniała.

Dlaczego wcześniej tego nie zauważył, przecież to mogą być objawy anemii, a może jeszcze czegoś gorszego?

– Już dobrze, nie denerwuj się, zaraz się zbieram i jedźmy już do tego szpitala. Przekonasz się że to nic groźnego.

Ewa była tego pewna, ale dla świętego spokoju zgodziła się na tę wizytę. Przecież do dzisiejszego poranka czuła się zupełnie dobrze, schudła tylko, ale to akurat jej nie przeszkadzało. Zresztą za kilka dni święta, więc z pewnością nadrobi te kilka kilogramów. Ubierała się powoli, czując na plecach spojrzenie męża. Lubiła, kiedy na nią patrzył, ale kiedy się odwróciła, zamiast pożądania zobaczyła w jego oczach strach.

– Dlaczego tak na mnie patrzysz?

– Jak, kochanie? – Przygarnął ją za szczupłą talię i schował głowę w jej obfitym biuście.

Zadziwiające było to, że mimo ubytku wagi piersi miała wyjątkową krągłe. Adam na moment pomyślał, że lekarz pogotowia miał rację, ale szybko odgonił te marzenia, by nie przywiązywać się do tego, że zostanie wkrótce ojcem po raz drugi.


 









niedziela, 3 grudnia 2017

W DRODZE DO MARZEŃ

     Joanna usiadła przy kuchennym stole zupełnie wyczerpana. Zdjęła buty, wygodnie ułożyła zmęczone stopy na przyjemnie chłodnej podłodze. Piła łapczywie zimną lemoniadę, którą rano przezornie włożyła do lodówki. Błogi spokój przerwał telefon. Jego dźwięk zabrzmiał złowrogo.
– Matka. Czy ona ma jakiś szósty zmysł, który alarmuje ją, kiedy mam kłopoty? – powiedziała do siebie i z premedytacją odrzuciła połączenie.

     Spojrzała na kuchenny zegarek w kształcie porcelanowego czajnika do herbaty. Od razu przypomniała sobie, gdzie go kupiła. Na samą myśl uśmiechnęła się do siebie. Natychmiast zadecydowała, że to nie pora na marzenia, zegar wskazywał dziewiętnastą, co oznaczało, że dokładnie za godzinę przyjedzie Marek. Musi się starannie przygotować do tej rozmowy, którą odwlekała w nieskończoność. Od razu pożałowała, że umówiła się właśnie na dzisiaj, chociaż wiedziała, że w pracy czeka ją wyjątkowo trudny dzień, a potem jeszcze to. Właśnie postanowiła zmienić swoje życie i to na wszystkich jego płaszczyznach. Złożyła wymówienie etatu i od następnego dnia miała rozpocząć zaległy urlop. To był pomysł jej szefowej, która uznała, że Joanna jest po prostu przemęczona, ale ona wiedziała, że zdania nie zmieni. Tak czy owak wolne się jej należy. A na zerwanie zaręczyn każdy dzień jest nieodpowiedni.

    No więc niech się dzieje – powiedziała do siebie, zdejmując ubrania w drodze do łazienki.
Odkręciła wodę w obszernej kabinie. Letni strumień oblał jej spięte ciało. Poczuła się taka samotna w tej tak ekskluzywnej i zimnej łazience. Lubiła małe pomieszczenia w jej przytulnym starym małym mieszkanku, które odziedziczyła po babci, ale Marek był przyzwyczajony do luksusów i w końcu ustąpiła. Przeniosła się do mieszkania, które dla niej kupił, on zaś żył w dużym domu na obrzeżach miasta z matką despotką, która nie akceptowała Joanny. Wpadał do niej, kiedy chciał i nie respektował jej prawa do prywatności, a ona czuła się jego własnością, taką, jaką było to mieszkanie. Odgoniła te wszystkie myśli, bo łzy zaczęły zalewać jej oczy. Zresztą nie ma się czym przejmować i tak nikt tego nie zobaczy, a ona może udawać sama przed sobą, że to woda. Problem w tym, że już nie chciała niczego udawać. Prysznic podziałał na nią oczyszczająco i to dosłownie. Zmywał z ciała pot, a z duszy złe emocje, które ją nachodziły, kiedy zaczęła zastanawiać się nad swoim życiem. Była zmęczona, bo upał dał się jej dzisiaj we znaki. Właśnie tego dnia, kiedy termometr wskazywał trzydzieści stopni Celsjusza, klimatyzacja w jej samochodzie odmówiła współpracy. Auto cały dzień stało na parkingu w pełnym słońcu. Kiedy do niego wsiadła, przypomniały się jej słowa Marka, które wygłosił z nieskrywaną satysfakcją kilka dni temu:
– Kupię ci nowy samochód, bo dni tego są już policzone – spojrzał na jej żółtego garbusa z pogardą.
– Nie, dziękuję, wolę swoje stare auto od najbardziej wypasionej fury – odpowiedziała jego żargonem.
– Jak chcesz – machnął wtedy ręką na znak zgody, ale ona już dobrze wiedziała, że jej ukochany sam poszuka jej czegoś odpowiedniego. A teraz się jeszcze okazało, że miał rację.

    W zasadzie ostatnio tylko w pracy czuła się dobrze, bo tam Marek nie miał na nic wpływu. Miała samodzielne stanowisko w dużej korporacji. Odpowiadała za cały zespół, chociaż była najmłodsza wśród samych starych wyjadaczy. Skończyła studia z wyróżnieniem, a praca w reklamie była dla niej spełnieniem marzeń. Trwała w tym radosnym przekonaniu do zeszłego czwartku, kiedy to przypadkowo podsłuchała pewną rozmowę, z której wynikało, że jest protegowaną swojej szefowej. Kiedy zapytała Marka, tak mimochodem, czy zna Walerię Jakubiak, odpowiedział zmieszany, że jest kobietą jego serdecznego kumpla, z którym Marek robi duże interesy, a potem szybko zmienił temat. Poskładała sobie wtedy wszystko razem i czar prysł, a praca, która zdawała się być spełnieniem jej marzeń, przestała ją zupełnie obchodzić. Straciła do niej serce, a cała energia gdzieś się ulotniła.

    Myła włosy miętowym szamponem, wdychała jego orzeźwiający zapach i nagle zobaczyła przed sobą drobną postać Malwiny. Stała przed nią w żółtej sukience jak żywa. Joanna szybko zmyła pianę z oczu, jakby chciała sprawdzić, czy to się dzieje naprawę. Była sama w łazience, a więc to był wytwór jej wyobraźni. Szybko wytarła ciało w puszysty ręcznik, wysuszyła włosy i wyćwiczonymi ruchami wmasowała w ciało balsam z drobinkami złota. Spojrzała w lustro i z zadowoleniem stwierdziła, że wygląda naprawdę dobrze. Był to niewątpliwie efekt wielogodzinnych ćwiczeń na siłowni.

    W sypialni otworzyła wielką szafę, a właściwie garderobę, i wybrała z niej jedwabną rubinową sukienkę. Ubrała ją na gołe ciało, wyraźnie poczuła przyjemny chłód szlachetnej tkaniny. Jeszcze użyła odrobinę wyszukanych perfum, które dostała od niego na swoje dwudzieste piąte urodziny i oszczędzała na specjalne okazje. Przechyliła delikatnie flakonik, mocząc palec w oleistej, pachnącej miksturze. Musnęła delikatnie miejsca tuż za uszami i na przegubach dłoni. Poczuła tylko na moment zniewalający zapach, co świadczyło o tym, że perfumy są doskonale do niej dopasowane. Karminową szminką w identycznym kolorze co sukienka pomalowała pełne usta, podkreślając nieskazitelną biel swoich zębów. Jakiś czas temu zdecydowała się na makijaż permanentny w jednym z najlepszych salonów kosmetyki estetycznej w Katowicach. Była to bardzo dobra decyzja, zyskała w ten sposób masę czasu, który wcześniej przeznaczała na poranny makijaż.

    W mieszkaniu panował przyjemny chłodek. Dawno już doceniła walory tego ekskluzywnego mieszkania, chociaż matka odradzała jej tę przeprowadzkę, tłumacząc, że w ten sposób uzależni się od obcego mężczyzny i straci panowanie nad własnym życiem. Joanna nie rozumiała wtedy, o czym mówi jej matka, przecież Marek nie był dla niej obcy, był jej kochankiem, przyjacielem i powiernikiem. Dobrze powiedziała: był, bo teraz czuła się jak jego niewolnica.
Domofon zadźwięczał melodyjnie. Otworzyła, wiedziała, ze to on.
– Witaj kochanie, pięknie wyglądasz. – Spojrzał na nią wygłodniałym wzrokiem.
– Dziękuję za komplement – odpowiedziała chłodno. – Lemoniady?
– Poproszę – lekko rozbawiony sytuacją przyglądał się jej z uwielbieniem jak właściciel oryginalnego dzieła sztuki. Nie przeczuwał niczego złego, raczej czekał na kolejny z jej szalonych pomysłów, którym czasami go zaskakiwała.
– Zaprosiłam cię tutaj, bo mam ci coś ważnego do powiedzenia – zaczęła ostrożnie, ale on od razu wiedział, że dzisiaj to nie żarty.
Wyprostował się, uśmiech znikł z jego twarzy. Przełknął trzymany w ustach łyk lemoniady. Nie przestawał czujnie się jej przyglądać. Swoim zachowaniem zbił ją z tropu i spowodował, że zaczęła mieć wątpliwości, czy to dobry moment na zakończenie ich związku.
– Zaraz, czy ty masz kogoś?
– Nie, ale….
– Zaraz chwileczkę! Stoisz tu przede mną prawie naga, tylko po to, żeby ze mną zerwać?! Chyba oszalałaś, jeśli myślisz, że pozwolę się tak traktować. Mam nadzieję, że to jakaś gra i jak wrócę jutro, wszystko będzie tak, jak dawniej. Przemyśl to sobie, bo jak nie, to gorzko tego pożałujesz. – Pocałował ją mocno, potem oderwał się od niej, spojrzał oszalałym wzrokiem i wyszedł z mieszkania, trzaskając drzwiami. Joanna stała w miejscu sparaliżowana strachem, nie była zdolna zrobić nawet kroku. Dźwięk telefonu wyrwał ją z odrętwienia.
– Matka, czego ona chce ode mnie? – powiedziała do siebie, sprawdzając połączenie. Usiadła na brzegu krzesła, jej ciało drżało, odruchowo wyłączyła klimatyzację. Jej dreszcze nie wynikały jednak z zimna, ale ze strachu.
– Co ja sobie, głupia, myślałam? Że on pozwoli mi tak po prostu odejść? – Rozpłakała się na dobre.
Nie wiedziała, czy to z żalu, czy może z bezsilności. Jedno było pewne: nie znała go od tej strony. Przez całe cztery lata związku był czuły, opiekuńczy i dobry. Tylko matka dostrzegała w nim coś niepokojącego. Joanna wszelkie uwagi ucinała i nie pozwalała jej się wtrącać. W tym czasie bardzo oddaliły się od siebie. To znaczy Joanna unikała matki, co było powodem ciągłych kłótni między nimi. A teraz okazało się, że jej rodzicielka ma wmontowany radar do wyczuwania kłopotów. Najwyraźniej Joanna nie odziedziczyła tego po niej. Telefon znowu zadźwięczał.
– Mamo, czy ty nie możesz chociaż raz odpuścić?!
– To ja, Malwina. Przepraszam, że dzwonię nie w porę. – Joanna usłyszała zmieszany głos przyjaciółki.
– Przepraszam cię. Pokłóciłam się z mamą, wiesz jaka ona potrafi być denerwująca – łgała jak z nut, bo nie chciała wprowadzać Malwiny w całą sytuację, tym bardziej, że ona nigdy nie poznała Marka. Trochę nie pasowała do ich paczki, więc Joanna uznała, że tę relację zachowa wyłącznie dla siebie. Odwiedzała przyjaciółkę przeważnie w jej kwiaciarni albo spotykały się w kawiarni.
– Chciałam zapytać, czy u ciebie wszystko w porządku? Widziałam cię dzisiaj. Wydawałaś się taka nieobecna. Machałam ci, ale mnie nie zauważyłaś. Stałam po drugiej stronie ulicy w żółtej sukience. Wychodziłaś z pracy w wielkim pośpiechu.
A więc to, co zobaczyłam przez moment pod prysznicem, to była podpowiedź mojej podświadomości, a ja już myślałam, że wariuję – Joanna uśmiechnęła się do siebie. Prowadziła wewnętrzny dialog, zupełnie nie słuchając, co mówi jej rozmówczyni.
– Joanno, jesteś tam?
– Przepraszam, oczywiście, że jestem. Przez tę kłótnię z mamą zupełnie się pogubiłam.
– Tak, to zrozumiałe. A ja jeszcze na dodatek zawracam ci głowę moimi sprawami.
– Ależ ty mi nie przeszkadzasz. Może przypomnisz mi, o jakich sprawach miałyśmy porozmawiać?
– Byłyśmy na dzisiaj umówione, ale chyba zapomniałaś. Czekałam pod pracą, bo miałyśmy pójść na kawę do naszej kawiarni. Liczyłam, że mi doradzisz w trudnej dla mnie sprawie, ale w tej sytuacji…
– Zaraz, w jakiej sytuacji? Czekaj, gdzie ty jesteś?
– Jeszcze u siebie w kwiaciarni, już zamykam.
– Super, to tylko dwie ulice ode mnie, zapraszam w takim razie na wino. Uprzedzam nie przyjmuję odmowy. Po pierwsze jestem ci to winna, bo zapomniałam o naszym spotkaniu, a po drugie potrzebuję towarzystwa, bo nie wypada upijać się samej.
– Dziękuje za zaproszenie, będę za pół godziny. Jakie wino pijesz?
– Białe wytrawne.
– Doskonale, to do zobaczenie wkrótce.

    Kiedy Malwina się rozłączyła, Joanna przebrała się w wygodny kombinezon. Zrobiła sałatkę z łososiem, sprzątnęła swoją sterylną kuchnię i dopiero teraz spojrzała na zegarek. Minęła godzina, a jej gościa jak nie było, tak nie było. Wzięła telefon do ręki, ale właśnie w w tym momencie zadźwięczał domofon. Kolejny raz otworzyła, nie pytając, kto tam.
– Tak myślałam,że ukrywasz się przede mną – matka wparowała do jej mieszkania w bojowym nastroju.
– Ja się wcale nie urywam, tyko nie mam czasu. Zaraz będę miała gościa, więc sama rozumiesz.
– Słuchaj młoda damo, zapominasz, że jestem twoją matka i doskonale wiem, kiedy kłamiesz.
– Nie kłamię, tylko chcę oszczędzić ci zmartwień.
– A więc nie owijaj w bawełnę, tylko mów, co się dzieje.
Krystyna Rudnicka rozsiadła się wygodnie i nie zamierzała opuścić mieszkania córki, dopóki wszystkiego się nie dowie.
– Dobrze, wszystko ci powiem. – Joanna zrezygnowana opadła na krzesło obok siedzącej mamy. Wiedziała, że tym razem matka nie odpuści. – Zerwałam z Markiem.
– Co zrobiłaś? Zerwałaś zaręczyny na dwa miesiące przed ślubem?
– Tak – padła krótka odpowiedź, a potem nastała cisza, taka cisza przed burzą – chwilę później Joanna straciła panowanie nad sobą. Wpadła w ramiona rodzicielki i rozpłakała się jak mała dziewczynka. – Mamo, pogubiłam się. Ja... ja nie kocham Marka…
– Dobrze już, dziecko. Nie płacz, wszystko się jakoś ułoży. Powiedz mi tylko, jak on zareagował?
– Mamo, on ma swoje imię!
– No a jakie to ma teraz znaczenie? – Joanna wzruszyła tylko ramionami. W tej sytuacji faktycznie nie miało żadnego. Przyzwyczaiła się już walczyć o pozycję Marka, bo matka nie darzyła go zbytnią sympatią.
– Wydawałaś się taka zakochana, a tu taki klops.
– Uważasz, że źle zrobiłam?
– Wręcz przeciwnie, ale ciekawa jestem jak zareagował na te rewelacje mój niedoszły zięć.
– Wściekł się i radził mi, bym to jeszcze raz przemyślała – na samą myśl o niedawnej burzliwej rozmowie zaczęła histerycznie płakać. Matka przytuliła ją do siebie, szkoda jej było córki chociaż była zadowolona z takiego obrotu spraw.
Domofon zadźwięczał melodyjnie.
– Czekasz na kogoś? – odsunęła ją od siebie i przywołała do porządku. – Pytam, czy czekasz na kogoś?
– Nie. To znaczy tak. Umówiłam się z koleżanką i już po raz drugi dzisiaj o niej zapomniałam. Przycisnęła guzik domofonu.
– Mamo, zaopiekuj się Malwiną, a ja doprowadzę się do porządku.
Zniknęła w łazience, zostawiając przyjaciółkę w szponach mamy. Po kilku minutach zastała je gawędzące przy stole.
– Wyobraź sobie, Joasiu, że ja kupowałam kwiaty u twojej koleżanki. Popatrz, jaki świat jest mały. Oj, czarodziejka jest z ciebie, dziewczyno, oj, czarodziejka – Krystyna komplementowała Malwinę, a ona jak zwykle była zmieszana.
– Bardzo przepraszam za to najście, może ja nie będę przeszkadzać paniom i wpadnę innym razem – Malwina wstała od stołu i była gotowa wyjść.
– Bardzo cię proszę, nie przepraszaj mnie ciągle, zaprosiłam cię, więc nie musisz czuć się skrępowana. Ja się już z mamą pogodziłam i możemy wszystkie razem się napić – spojrzała na matkę wymownie.
Krystyna w mig załapała, że ma nie zadawać zbędnych pytań i z ulgą przyjęła zaproszenie swojej jedynaczki. Usiadły we trzy przy stole i w ten jeden wieczór, a w zasadzie noc, podjęły wspólne postanowienie, że zmienią swoje życie, wspierając się wzajemnie.
Malwina straciła lokal i była zmuszona do zlikwidowania interesu. Nie miała pojęcia, co ma robić dalej i w tej właśnie sprawie chciała poradzić się przyjaciółki. Joanna przez swoją decyzję straciła wygodne życie u boku Marka, a Krystyna nic nie miała do stracenia, więc postanowiła pojechać w nieznane razem z dziewczynami. Upiły się, a rozmowy trwały do białego rana. W końcu Joanna zamówiła taksówkę dla swoich gości, a sama z głową pełną wrażeń i resztek alkoholu zasnęła wyczerpana wczorajszymi wydarzeniami.




środa, 27 września 2017

SCHEDA (5)

Otworzyła powoli oczy i zobaczyła nad sobą twarz jakiegoś mężczyzny.
– Dzień dobry, pani Zosiu, nazywam się Maksymilian Michałowski i jestem pani lekarzem prowadzącym. Właśnie obudziła się pani po operacji. Wszystko się udało, chociaż złamanie było dość skomplikowane. Czeka panią kilkanaście dni leżenia w szpitalu, a potem kilka miesięcy rehabilitacji. Czy pani rozumie, co ja mówię?
– Oczywiście, że rozumiem – odpowiedziała urażona.
– Przepraszam, że pytam, ale czasami po narkozie występują trudności w logicznym myśleniu – tłumaczył się doktor, a ona przyglądała mu się z coraz to większym zainteresowaniem. Nie dość, że przystojny to jeszcze w taki uroczy sposób wstydliwy.
Spuścił wzrok i pisał coś na karcie, którą zawiesił w ramce w nogach łóżka.
– Proszę teraz odpoczywać, wieczorem do pani zajrzę – zabrzmiało, jakby umawiał się z nią na randkę. A może ona jednak ma te objawy związane z brakiem logicznego myślenia, o których przed chwilą jej mówił?

*

– Ma pani szczęście, że operował panią sam pan profesor – powiedziała pielęgniarka, poprawiając kołdrę Zosi. – Proszę teraz spać, szybciej wróci pani do zdrowia, gdyby coś się działo, to proszę przycisnąć ten guzik. – Dała jej do ręki mały, zimny przedmiot.
– No i już po strachu. – usłyszała głos babci Leokadii.
– Ty znowu tutaj, przez moment myślałam, że to wszystko mi się śniło – rozmawiała z babką siedzącą przy jej szpitalnym łóżku.
– Oj, nie bądź taka zasadnicza, przestań się w końcu tak wzbraniać przede mną – Leokadia naburmuszyła się jak małe dziecko.
– Babciu, musisz przyznać, że rozmowa z dawno nieżyjącą osobą jest trochę dziwna, więc wybacz, że nie potrafię przejść nad tym do porządku dziennego.
– Nie masz wyjścia, bo ja postanowiłam zaopiekować się tobą przez jakiś czas. Wybacz, ale ty zupełnie nie potrafisz zadbać o siebie. Czas leci, nie jesteś już taka młoda…
– O, dziękuję ci, że mi przypomniałaś – wtrąciła się oburzona Zosia.
– Nie przerywaj mi, bo nigdy nie dojdę do najważniejszego. A więc na czym to ja skończyłam? Przyjechałaś tu po to, by spotkać miłość swojego życia, ale póki co nie widzisz dalej niż własnego nosa. Przypilnuję tylko, byś nie przeoczyła takiej okazji.
– To ja już tak nisko upadłam, żeby łapać okazje? – Zosia znowu zareagowała zbyt emocjonalnie.
– No słowo daję, nie da się z tobą spokojnie porozmawiać – narzekała babka, kręcąc głową z niedowierzaniem. – Do kogo ty się wdałaś dziewczyno?
– Tylko nie mów mi, że do mamusi, bo zupełnie się załamię – droczyła się z Leokadią.
– Moja córka, a twoja matka, miała ciężkie życie. Nie myśl, że ją usprawiedliwiam, ale chociaż trochę próbuję zrozumieć. Kochała twojego ojca nade wszystko, a on traktował ją okrutnie. Raz szalenie ją kochał, innym razem odtrącał ją od siebie. Pogubiła się biedaczka – westchnęła. – Ale co tam, nie będziemy zajmować się nią, tylko tobą i twoim życiem.
– Może to ja powinnam decydować, co zrobić ze swoim życiem, a nie ty, babciu?
– Zrobisz, jak zechcesz, ale pozwól, że ci pomogę. Będziesz musiała trochę tu zostać, więc pozwól mi chociaż przez ten czas zaopiekować się tobą. Proszę. – Babka patrzyła na nią takim smutnym wzrokiem, że nie potrafiła jej odmówić.
– Chciałbym tylko mieć pewność, że ja nie wariuję, bo czy to jest normalne rozmawiać z nieboszczką? – Poczuła się jakoś dziwnie, jakby latała w powietrzu. Na dole zobaczyła łóżko szpitalne, a w nim siebie leżącą bez ruchu. No i puste krzesło obok łóżka, ani śladu babki Leokadii.
– Boże, czy ja umarłam?! – krzyknęła przerażona i od razu nacisnęła ten guzik, który trzymała w ręku.
Po chwili przybiegła pielęgniarka, a zaraz za nią przystojny doktor. Dotknął Zosię ciepłą dłonią i lekko potrząsnął.
– Co się stało, proszę się obudzić – słyszała jak przez mgłę.
Otworzyła oczy, spojrzała nieprzytomnym wzrokiem na tych dwoje skupionych nad jej łóżkiem.
– Panie doktorze, ja latam, czy ja umarłam? – zapytała rzeczowo.
– Nie, oczywiście, że nie. Proszę się nie bać, to tylko działanie silnego środka przeciwbólowego. Niech pani sobie polata, bo jutro nie będzie to już możliwe. – Uśmiechnął w tak uroczy sposób, że od razu mu uwierzyła.
Znowu odpłynęła w sen. Nie był bynajmniej błogi. Znalazła się znowu w domu babki jako mała dziewczynka skulona w kącie za wielką szafą. Mama leżała na łóżku i bardzo płakała. Zosia bała się wyjść z ukrycia, ale martwiła się o mamę. Kochała ją, chociaż bardzo bała się tych ataków, które ją nawiedzały. Zwłaszcza teraz, kiedy były same w domu. Babcia Leokadia poszła do sąsiadki pomóc jej przy porodzie kolejnego dziecka. Dom sąsiadów był daleko i Zosia wiedziała, że babcia długo jeszcze nie wróci. U nich było ciemno i zimno, a ona czuła głód, ale mama płakała, więc Zosia siedziała cicho, by nie przysparzać jej więcej kłopotów. Kiedy zrobiło się cicho, a mama oddychała miarowo, mała dziewczynka na paluszkach wyszła z ukrycia. Położyła się w nogach łóżka, na którym spała zmęczona matka. Dziewczynka poczuła zapach alkoholu i ogarnął ją strach przed gniewem matki, gdyby się obudziła. Instynkt przetrwania był jednak silniejszy od strachu, więc grzała swoje ciałko pod matczyną pierzyną. Nie spała, bo głód jej nie pozwalał. Czekała na powrót babci i prosiła aniołki, by ta wróciła jak najszybciej. Nad ranem obudziła ją kłótnia w kuchni. Wysunęła się z ciepłego łóżka, stanęła w niedomkniętych drzwiach i usłyszał te straszne słowa, których nigdy już nie potrafiła wymazać z pamięci. Mama stała na środku kuchni w płaszczu i ciepłych butach, a obok niej stała walizka.
– Dlaczego nie nakarmiłaś Zosi? Jak możesz być taka okrutna wobec własnego dziecka? – mówiła głośno babcia, zapalając ogień w piecu.
– Czy ty nie widzisz, mamo, że ja cierpię. Jestem taka samotna. Dlaczego ciągle mi o niej przypominasz? – mama znowu płakała, a Zosia wiedziała, że to przez nią.
– Co ty wygadujesz? Opamiętaj się, kobieto! – krzyczała babcia. – Właśnie Janowskim urodziło się dziecko, szóste z kolei i wszyscy się radują, a ty masz jedną jedyną córkę i nie potrafisz się nią zająć, nie mówiąc już o miłości matczynej. Nie grzesz, dziewczyno, i nie sprowadzaj na nas nieszczęścia – grzmiała babcia.
– Nieszczęściem było urodzić ją. Gdybym cię nie posłuchała, Janek by mnie nie zostawił, a tak zostałam sama z kłopotem o imieniu Zofia – Anna krzyczała przez łzy.
Zosia stała jak zahipnotyzowana, nie mogła się ruszyć z miejsca. Nie mogła zrozumieć, dlaczego mama nazwała nieszczęście jej imieniem. Jej małe serduszko na moment zastygło w bezruchu, a ona chciała zniknąć, byle mamusia już nie płakała. Wtedy babcia ją zauważyła, podeszła do niej i przytuliła.
– Chcesz ciepłego mleczka? – zapytała.
Zosia kiwnęła główką, ale nic nie odpowiedziała. Usiadła przy stole w ciepłej już kuchni. Mama natychmiast wyszła, trzaskając drzwiami. Babcia ukroiła wnuczce kromkę chleba, grubo posmarowała masłem i podała jej razem z ciepłym mlekiem.
No i wszystkie smutki nagle zniknęły. Babcia siedziała obok i z miłością przyglądała się jej, a Zosia wyobrażała sobie, że to jej mama. Zrobiła się bardzo senna i babcia ułożyła ją w swoim łóżku. Zosia wiedziała, że mamusia długo nie wróci, ale cieszyła się, że jest z nią babcia. Zasnęła cichutko, przytulając się do niej i czuła się bezpieczna i kochana.
– Proszę się obudzić. – Usłyszała zupełnie jej nieznany, natarczywy głos.
Otworzyła oczy i zobaczyła obok jej szpitalnego łóżka pielęgniarkę z termometrem w ręku.
– Mierzymy temperaturę. – Zosia patrzyła na nią nieprzytomnym wzrokiem, bo przez moment wydawało się jej, że obudziła się w domu babci jako mała dziewczynka. Włożyła posłusznie termometr pod pachę i zamknęła na moment oczy.
– Mój Boże, przypomniałam sobie, jak byłam mała, znowu poczułam ten smutek.
Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że to nadal tkwi w niej. Ten syndrom odrzucenia. Łzy same zaczęły spływać jej po policzkach. Poczuła się taka samotna.
– Czy coś panią boli? – zapytała zatroskana siostra.
– Nie, to jakoś tak samo. – Wytarła jedną ręką mokre od łez oczy.
Pielęgniarka taktownie wyszła z sali.
Zosia przespała cały ranek. Noga bolała, a gips uwierał niemiłosiernie, ale nie miała siły użalać się nad sobą. Jeszcze rano przewieziono ją do dwuosobowej sali. Na razie była tam sama, nawet ucieszyła się z tego powodu. Miała tyle do przemyślenia i do przepłakania. Nie chciała, by ktokolwiek był tego świadkiem. Do obecności babki Leokadii zdążyła się już przyzwyczaić, nawet cieszyła się na rozmowy z nią. Polubiła je tak, jak lubiła wtedy, kiedy babcia żyła. Zawsze, od kiedy pamięta, były to dla niej cudowne chwile. Jedne z nielicznych, które chętnie wspomina. Poza tym wymazała swoje dzieciństwo z pamięci, do wczoraj. Widać, przyszedł czas, by wrócić do nich bez względu na cenę, którą musi za to zapłacić.

*

– Dzień dobry, kochana – Terenia weszła do sali, stawiając na szafce obok łóżka koszyk z wiktuałami.
– Dzień dobry, Tereniu – słabym głosem przywitała kuzynkę Zosia.
– Jak się czujesz? – Teresa pogłaskała chorą po bladej dłoni.
– Nieszczególnie.
– Co się dziwić, wczoraj przeszłaś poważną operację. Trzeba uzbroić się w cierpliwość – Terenia próbowała pocieszyć Zosię, chociaż sama w to, co mówiła, nie wierzyła.
Kuzynka wyglądała na wyczerpaną, a smutek w jej oczach był spowodowany chyba zupełnie czym innym. Na wszelki wypadek Terenia postanowiła na razie nie pytać o szczegóły. Jak zechce, opowie jej sama.
– Przyniosłam ci rosołek z makaronem i gotowanego indyka własnego chowu – otwierała już termos, nie zważając na protesty chorej.
– Nie, dziękuję, naprawdę nie mam apetytu – Zosia próbowała wymówić się od jedzenia.
– Nie przyjmuję nawet do wiadomości, musisz jeść i tyle. Pamiętasz, co mówiła nasza babcia? – miała nadzieję, że zachęci ją do wspomnień. Zosia jednak nie podjęła rozmowy.
– Dzień dobry – do sali wszedł doktor Michałowski, przerywając krępującą ciszę. – Widzę, że chora się posila, więc przyjdę później. Nie ma to jak dobry rosołek – spojrzał do termosu i pochwalił jego zawartość. Po czym wyszedł z sali.
– Miły ten doktor.
– Tak – odpowiedziała Zosia słabo zainteresowana rozmową dotyczącą jej lekarza.
– Bardzo podobny do ojca – kontynuowała Terenia. – Oj, zapomniałabym! Czy powiadomić o wypadku twoje dzieci? – szybko zmieniła temat.
– Nie, zrobię to sama, jak poczuję się lepiej. Kasia jest w Pradze na praktykach, a Tomek wyjechał do pracy. Jak co roku spędzi dwa miesiące w Anglii. Więc sama rozumiesz, w tej sytuacji nie będę ich niepokoić.
– No, może to i lepiej, jak poczujesz się lepiej, sama im wszystko opowiesz. Nic się nie martw ja zadbam o ciebie.
– Jeżeli chodzi o opiekę, to ja też zgłaszam się na ochotnika. – Michał dziarsko wszedł do sali. Obie panie obdarzyły go pięknym uśmiechem. Podał chorej ogromny bukiet róż.
– Nie trzeba było – krygowała się Zosia.
– Piękne kwiaty dla pięknej kobiety zawsze są na miejscu. A jak zdrowie szanownej pani? – Przysunął sobie krzesełko i usiadł blisko łóżka.
– Dziękuję, już znacznie lepiej – odpowiedziała tylko pół prawdy, bo na ciele czuła poprawę, za to na duchu podupadła zupełnie.
– To ja pójdę do salowej po jakieś naczynie na te piękne kwiaty – Terenia wzięła bukiet i oddaliła się w poszukiwaniu wazonu.
– Coś mi się wydaje, że rozprawa z przeszłością jest znacznie trudniejsza, niż to pani zakładała – powiedział to prawie szeptem.
– Nie będę zaprzeczać. Faktycznie, wspomnienia są bardzo bolesne.
– To wszystko minie, proszę mi wierzyć. Mam w tej delikatnej materii spore doświadczenie. Potem poczuje się pani znacznie lepiej.
– Właśnie na to liczę – odpowiedziała konspiracyjnie, kiedy Terenia wróciła z kwiatami w szklanym wazonie.
– Wyglądacie, jakbyście spiskowali – Terenia pół żartem, pół serio skwitowała sytuację, którą zastała.
– Jakie tam spiskowanie, kochana przyjaciółko, to tylko wymiana doświadczeń. Stary ze mnie człowiek, to i znam się na różnych sprawach. Pani Zosia wygląda na zmęczoną, ja się już oddalę, a wy sobie, drogie panie, jeszcze porozmawiajcie. Ja zajrzę jeszcze do mojego jedynaka, a potem proponuję podwózkę – zwrócił się do Tereni.
– Chętnie skorzystam – uśmiechnęła się porozumiewawczo Terenia – Uprzedzam jednak, że nigdzie się nie ruszę, póki Zosia nie zje obiadu.
– No już dobrze, zaraz się za ten rosół zabieram, tak pięknie pachnie. – Wyciągnęła rękę po termos, który natychmiast podała jej uradowana kuzynka. Zjadła kilka łyżek i poczuła się syta.
– Dziękuję, więcej nie mogę. – Oddała termos i wyprostowała się na łóżku zmęczona jedzeniem. Ziewnęła kilka razy, przysłaniając dłonią usta.
– Przepraszam, jakoś jestem zmęczona, a przecież od wczoraj nic nie robię, tylko śpię.
– Odpoczywaj, kochana, póki możesz, jak wyjdziesz ze szpitala, będziesz musiała popracować nad swoją kondycją. Długa rehabilitacja cię czeka. No ale teraz czas na mnie.
Terenia wstała z krzesła i pożegnała się z kuzynką, całując ją w policzek. Zosia zareagowała zdziwieniem, nie była przyzwyczajona do takiej wylewności, ale Terenia nawet tego nie zauważyła.
Kiedy Zosia została sama, ledwie przymknęła oczy, znowu znalazła się w domu babci. Przestała się już temu dziwić, przyglądała się sobie, jakby oglądała film, znowu była małą dziewczynką. Panowała zima, śnieg padała całą noc, a kiedy Zosia wstała rano, nie było widać z małego okienka jej pokoju nic poza bielą. Jedną wielką białą plamą. W kuchni paliło się w piecu, babcia szykowała śniadanie.
– Dzień dobry, słoneczko – przywitała wnuczkę.
– Dzień dobry, babciu – odpowiedziała grzecznie, usiadła przy stole na wielkim krześle. – Czy jest już mama? – zapytała jak co rano, od kiedy jej mama wyszła tego pamiętnego wieczoru. Od tego czasu upłynęło już tak wiele dni, a ona ciągle czekała.
– Nie, kochanie, mama wróci dopiero, jak stopnieją śniegi, teraz nie dotarła by tu do nas – babcia tłumaczyła spokojnie dziecku, by nie wprowadzać do jej i tak pokręconego życia więcej strachu i niepewności.
Nie wiedziała, co dzieje się z jej córką, ale miała nadzieję, że wróci w końcu do domu jak za każdym razem, kiedy znikała na dłuższy czas. Podała małej zupę mleczną, a sama usiadła z kubkiem zbożowej kawy. W całym domu pachniało tak jakoś świątecznie, chociaż był dopiero początek grudnia. Od kilku dni babcia paliła drewnem, które zdołała złożyć przed pierwszymi śniegami w stajence przyległej do domu. Mieszkała tam jeszcze ich koza żywicielka, kilka kurek i pięć królików. Wielki worek mąki Leokadia dostała za pomoc przy ostatnim porodzie, miód stał w spiżarce obok dżemów i przeróżnych przetworów, które pracowicie robiła przez całą jesień. Wielką beczkę kiszonej kapusty i kilka worków ziemniaków odrobiła jesienią u gospodarzy po sąsiedzku. Czuła, że tym razem przetrwają bez większego problemu. Dziękowała Bogu za zdrowie i za wszelkie talenty, jakimi ją obdarzył. Nie miała co prawda zbyt wiele pieniędzy, ale zawsze otaczał ją dobrobyt różnego rodzaju. Płody rolne, przetwory, grzyby, jagody i zioła, które nie raz ratowały im życie. No i sąsiedzi kupowali u niej różnego rodzaju mikstury ziołowe pomocne w różnych chorobach.
Dzięki temu czuła się bezpieczna, bo przecież miała pod opieką dziecko, które opuściła matka. Źle wychowała córkę, a teraz sama ponosiła tego konsekwencje. Poród Leokadii był trudny. Alina, pierwsza z bliźniaczek była silna i ciągle głodna, natomiast jej siostra mizerna, chorowita i zupełnie niezainteresowana mlekiem matki. Leokadia ciągle o nią drżała. Obie dziewczynki zawdzięczają życie swojej babce, która była doświadczoną akuszerką. Leokadia wszystkiego nauczyła się od matki, odziedziczyła po niej zdolności i pacjentki, które ufały jej bezgranicznie. To było dla niej wielkie wyzwanie, pilnie uczyła się fachu od matki i poznawała tajniki ludowej medycyny.
Wszystkie kobiety z ich rodu same wychowywały dzieci. Jej ojciec zaginął w czasie wielkiej zimowej zawieruchy, a mąż umarł bardzo młodo, dziewczynki nawet go nie pamiętały. Przywaliło go drzewo w lesie i odszedł z tego świata w sile wieku, pozostawiając ją samą. Była zahartowana i zamiast rozpaczać, wzięła się do roboty, by wykarmić i wychować swoje córki. Ciągle biegała za jakąś robotą, a mama pomagała przy bliźniaczkach. Teraz ona przejęła pałeczkę po swojej matce z tą tylko różnicą, że jej córka, Anka, zupełnie pogubiła się w życiu. Miała problem z alkoholem, którego nadużywała, a i do mężczyzn nie miała szczęścia. Była niezwykle piękna, ale i nieodpowiedzialna. Przyciągała do siebie nieodpowiednich partnerów.
Alina, ku radości matki, wyszła za mąż z wielkiej miłości i razem z mężem wybudowali w sąsiednim Dynowie dom. Potem przyszły na świat ich dzieci, którym stworzyli ciepłą i bezpieczną rodzinę. Nie raz Alina chciała wziąć do siebie na wychowanie małą Zosię, ale Leokadia nieustannie miała nadzieję, że Anna odzyska zdrowy rozsądek i zajmie się małą należycie. Lata mijały, a w tej sprawie nic się nie zmieniało. Tyle tylko, że Zosia była coraz starsza, mądrzejsza i na przekór wszystkiemu coraz bardzie kochała swoją matkę. Matkę, która w świecie szukała szczęścia przy boku coraz to innego mężczyzny, nieustannie zaniedbując swoją jedynaczkę. Babka z całej mocy próbowała rekompensować dziecku braki, ale miłości matczynej nikt nie zastąpi.
Zosia wyrastała na śliczną i wrażliwą dziewczynkę, nieco wycofaną z powodu odrzucenia przez matkę. Najlepiej czuła się w domu pod lasem w towarzystwie Leokadii. Rzadko Anna zostawała z nimi na dłuższy czas, niestety obnosiła się wtedy ze swoim nieszczęściem, za które obarczała swoje dziecko. Leokadia czuwała wtedy, by małej nie stała się krzywda. Anna bowiem miewała napady szału i potrafiła nawet uderzyć niczemu niewinną Zosię. Znęcała się nad nią psychicznie, wylewając w ten sposób na nią wszystkie frustracje z powodu nieudanego życia. Leokadia nie mogła tego po prostu pojąć i z ulgą przyjmowała to, że Anna znikała z domu i z ich życia na dłuższy czas. Za każdym razem miała nadzieję, że córka tym razem wróci zupełnie odmieniona. Leokadia rozmyślała nad nieszczęsnym życiem swojej ukochanej wnuczki i z miłością przyglądała się jej ślicznej, ale jakże smutnej buźce. Nie mogła wyjść z zadziwienia nad zrządzeniem losu, bo dziewczynka do złudzenia przypominała swoją matkę.
Oby tylko charakteru po niej nie odziedziczyła – przyglądała się jej dyskretnie i rozmyślała nad tym, jak umilić temu dziecku życie.
– Wiesz Zosiu, niedługo będą święta – powiedziała do dziewczynki, wzbudzając w niej wyraźne zaciekawienie. Oczy małej zabłysły jak gwiazdki.
– Chcesz piec pierniczki? – babcia zapytała, ale już wiedziała, że dziewczynce podoba się ten pomysł.
– Chcę, chcę, babciu, dla mamusi upieczemy ciasteczka. – Dziewczynka tańczyła radośnie na środku kuchni.
Na wielkim stole zgromadziły wszystkie potrzebne produkty i zaczęło się wielkie przedświąteczne szaleństwo. Mała we wszystkim pomagała babci z wielką wprawą i starannością. Z wypiekami na twarzy wyciskała brązowe piernikowe gwiazdki. W piecu buchał wesoły ogień, a na dworze hulały wiatr i śnieg, jakby chciały zasypać cały świat. W całym domu pięknie pachniało, a szczęśliwa Zosia zajadała twarde jeszcze pierniki, mocząc je w ciepłym mleku. Taka radość panowała wokoło, że aż trudno było uwierzyć, jak niewiele trzeba, by sprawić radość małemu dziecku.
Zosia obudziła się z uśmiechem na twarzy.

*

– Aż miło było patrzeć, jak pani uśmiecha się przez sen – otworzyła oczy i zobaczyła Maksymiliana Michałowskiego pochylającego się nad jej kartą zdrowia.
– Gorączki brak, obrzęków brak i na dodatek dobry humor dopisuje. Jest pani wzorową pacjentką. – Lekarz uśmiechał się do niej, a ona przyglądała mu się uważnie, jakby poznawała go od nowa.
Pan doktor miał czarne, gęste i lekko falujące włosy, wysokie czoło, spokojne i czarne jak węgiel oczy zaopatrzone w okulary, które patrzyły na nią łagodnie z lekkim zaciekawieniem. Usta miał miękkie i ładne, uśmiechał się zniewalająco. No i pachniał tak pięknie. Delikatnie, ale jakoś wyraziście, nie sposób było tego zapach pomylić z czymś innym. Nawet jak miała zamknięte oczy, wiedziała, że on stoi tuż obok.
– Nie dziwię się, że mój ojciec jest panią po prostu oczarowany – powiedział jakoś bez związku. – Skradła mu pani serce, oj, chyba będę o panią zazdrosny – żartował z nią, jakby znali się od lat.


Zosia zastanawiała się, co spowodowało taką zmianę w zachowaniu pana doktora. Wczoraj dałaby głowę, że zupełnie jej nie zauważa, a dzisiaj coś takiego. Widocznie stało się to za sprawą starszego pana Michałowskiego. Nie była tego pewna, ale jakoś podświadomie czuła, że wstawił się za nią u swojego syna. Było jej z tym bardzo dobrze i bezpiecznie. Od dawna nie czuła się tak dobrze w obecności mężczyzny, na dodatek zupełnie obcego. Poczuła coś jeszcze, obecność babki Leokadii i była tego zupełnie pewna. Jakoś wcale się nie zdziwiła.


wtorek, 5 września 2017

SCHEDA (4)

Zosia bardzo wcześnie rano wyruszyła w sentymentalną podróż do przeszłości. Wyszła z domu cichutko, by nie budzić Tereni. Postanowiła w pierwszej kolejności pojechać do Wary i tam odszukać dom babki albo może tylko to, co z niego po latach zostało. Potem miała zamiar odwiedzić swoje dwie kuzynki, których nie widziała od dzieciństwa. Roma i Wera już kilka razy próbowały zaprosić ją do siebie, ale tym razem to była jej inicjatywa, bo postanowiła już nie uciekać przed wspomnieniami i ze spokojem zmierzyć się z przeszłością.
Nie była tu od dwudziestu lat i zdawała sobie sprawę z tego, że będzie trudno po latach odnaleźć schedę, która została jej po przodkach. Dom, który należał do jej prababki, potem babki, teraz jest jej. Nie prosiła się o taki „prezent”, ale ponieważ jej matka zmarła wcześniej niż babka, to ona stała się dziedziczką.
Jechała wolno, podziwiając piękną przyrodę i nowe zabudowy, które zupełnie zmieniły wygląd tutejszej wsi. Kiedyś były to malutkie drewniane domki w znakomitej większości mające swoją świetność już dawno za sobą. Teraz na ich miejscu stanęły nowe murowane domy otoczone zadbanymi ogrodami. Widać i tutaj zawitała cywilizacja. Zostawiła samochód na poboczu drogi koło małej kapliczki, która stała na tym samym miejscu chyba od stu lat. Dalej postanowiła iść pieszo, chociaż do domu babki był jeszcze spory kawał przez łąki, a potem leśną stromą dróżką na dość wysokie wzniesienie. Przypomniała sobie, jak trudna to była wyprawa i że z tego właśnie powodu mieszkańcy małego domku pod lasem niechętnie wybierali się do wsi. Zosia zawsze czuła tę izolację od reszty świata, którą babka w świadomy sposób pielęgnowała. Dobrze się czuła z dala od ludzi, a blisko Matki Natury, która przed nią odkryła chyba wszystkie tajemnice.
– Pięknie tu – powiedziała do siebie, rozglądając się wokoło.
W tej materii też nic się nie zmieniło. Zawsze czuła zachwyt i jednocześnie respekt do tego, co stworzył Bóg. Bo któż inny zadałby sobie tyle trudu, by ozdobić łąki takim pięknym, różnorodnym kwieciem? Kto zadbałby o las pełen drogocennego runa i łownej zwierzyny, które pozwalały na przestrzeni wieków przetrwać ludziom z dala od cywilizacji?
Trudy wędrówki zaczęły dawać się jej w znaki, więc postanowiła zrobić sobie przerwę. Usiadła na zwalonym pniu, wyjęła z plecaka butelkę wody i czekoladowy batonik. Włożyła na głowę czapkę z daszkiem, bo słonko grzało już dość mocno.
– No i co dalej zrobić z tą schedą zapomnianą przez Boga i ludzi? – kolejny raz zadała sobie to pytanie, bo nie wyobrażała sobie w dzisiejszych czasach mieszkać na takim odludziu. Kiedyś, dawno temu, kochała to miejsce, przecież była tu na swój sposób szczęśliwa, ale teraz po latach ona się zupełnie zmieniła, no i nie ma już babci Leokadii – szczęśliwego „ducha” tego domu.
Na samo sowo „duch” wzdrygnęła się nieco, bo często miała wrażenie, że babcia jest ciągle blisko niej. Może sama swoimi myślami przywoływała ją w swoich wspomnieniach, a czasami nawet swoje pytania kierowała wprost do niej, bo nikt nie potrafił rozwiać jej wątpliwości, z których wiele dręczyło ją do dziś, tak jak babcia. W trudnych sytuacjach zwracała się do Leokadii
– No, teraz, babciu, poradź mi, co zrobić. Przecież zawsze mówiłaś, że z każdej sytuacji jest wyjście, a ja go jakoś nie widzę. – Kiedy tak mówiła, po niedługim czasie rozwiązanie samo do niej przychodziło w postaci przypadkowo usłyszanej lub przeczytanej informacji, lub przy jakimś spotkaniu ktoś nagle ją oświecił.
Jeśli chodzi o dom, który był od dawna jej własnością, miała do niego jakiś sentyment. To dzięki niemu nauczyła się obcować z naturą i czuła się dobrze nawet w ekstremalnych warunkach. Radziła sobie w różnych trudnych sytuacjach lepiej niż jej przyjaciele. Wiedziała, jak zachować się podczas burzy, jak unikać kłopotów w razie przypadkowego spotkaną z dziką zwierzyną. Nigdy nie gubiła się nawet w nieznanym lesie, chociaż z uporem robiła to w gąszczu dróg miejskich i blokowisk. Jakby się nad tym zastanowić, zdecydowanie lepiej czuła się z dala od miejskiego zgiełku.
Dość długo siedziała i rozmyślała, ale jak to mówią, komu w drogę, temu czas. Tym bardziej, że warunki pogodowe diametralnie się zmieniły i wielka chmura zasłoniła słońce.
Zofia oceniła sytuację jako przejściowy, niegroźny kaprys pogodowy. Widocznie jej instynkt samozachowawczy zmienił się na tryb miejski, bo nie rozpoznała wyraźnych oznak na niebie zwiastujących burzę.
Burza w Bieszczadach i w Katowicach to zupełnie inna bajka.
Ostatni odcinek drogi biegła pomimo zmęczenia. Kiedy wreszcie zobaczyła komin domu, żywioł rozszalała się na dobre. Nigdy jeszcze tak się nie cieszyła się, że jest blisko domu. Z daleka oceniła sytuację i znalazła jedno miejsce, które mogło dać jej schronienie.
Domu już nie było, zawalony dach przygniótł go do ziemi, ale komin stał w najlepsze, przyciągając pioruny. Mała szopka opodal domu była zupełnie przytulna. Widocznie ktoś korzystał z niej przy wypasie owiec. Pozostało tylko do niej dotrzeć i mieć nadzieję, że jet otwarta, bo Zosia czuła już ogromne zmęczenie i nie dałaby rady z kolejną przeszkodą. Dopadła do drzwi zbitych z desek i pchnęła je całej siły, na szczęście ustąpiły, a ona w minutę znalazła się w bezpiecznym miejscu. Pioruny waliły gdzieś bardzo blisko, a niebo wyglądało jak wielka czarna płachta co rusz przerywana błyskawicami. Przerażona kobieta usiadła w kąciku na sianie, zdjęła przemoczone byty.
Nie jest źle – pomyślała, ale chyba w złą godzinę, bo piorun z wielką siłą trzasnął w komin, prześlizgując się po nim. Na szczęście to wyładowanie nie spowodowało pożaru. Zosia siedziała skulona zasłaniając oczy i uszy przed odgłosami burzy. Trwało to całą wieczność.
Chyba się zdrzemnęła, a kiedy się ocknęła, doznała przerażającego odkrycia. Na środku małej szopki stała wilczyca, szczerząc na nią zęby. Rozejrzała się przytomnie, żeby zobaczyć, jak ta dostała się do wnętrza, kiedy drzwi były zamknięte. Zauważyła prześwit słońca przy jednej ze ścian. To tamtędy weszła wilczyca, zrobiła podkop. A więc to Zosia wdarła się do jej domu, co zwiastowało kłopoty.
Kiedy kobieta przygotowywała się na najgorsze, spod siana wylazły dwa malutkie wilczki. Matka stanęła natychmiast przed nimi, zagarniając je w przeciwległy kąt, blisko zrobionego przez nią wyjścia. Wilczki bez słowa wydostały się przez otwór, a wilczyca spojrzała jeszcze raz w przerażone oczy kobiety i wycofała się za swoimi dziećmi.
– Boże, czy mi się to śniło? – krzyknęła gdzieś w przestrzeń.
Nie usłyszała odpowiedzi, więc uznała, że nawet gdyby to był tylko sen, to pora się obudzić i wracać do domu. Gdzie jest ten jej dom, sama już nie wiedziała. Kiedy wyszła na polanę, słońce świeciło z wielką mocą, jakby w ogóle nie było burzy. Rozejrzała się wokoło w obawie, że wilczyca czai się gdzieś w zaroślach, bała się, że nie odpuści tak łatwo i znowu się pojawi. Na oko było spokojnie, ale wiadomo nie od dziś, że dzikie zwierzęta potrafią znakomicie kamuflować się w swoim środowisku.
– Dobra, dobra, już sobie idę – krzyknęła gdzieś w przestrzeń i poszła tam, skąd przybyła.
Nie czuła się tu dobrze, widocznie zbyt dużo czasu już minęło. Teraz jest kobietą a nie zlęknionym dzieckiem, które szukało schronienia w opiekuńczych ramionach babci Leokadii. Ponieważ postanowiła zmienić swoje życie, udała się w tą podróż do korzeni, aby właśnie stąd rozpocząć wędrówkę w poszukiwaniu szczęścia. Teraz poczuła, że to nie był dobry pomysł. Ostrożnie stawiała stopy na wyboistej dróżce, mokra trawa utrudniała wędrówkę. Ostatni raz odwróciła się w stronę domu, by pożegnać się z przeszłością i to wystarczyło, by straciła panowanie nad swoim ciałem. Poślizgnęła się i runęła z całej siły na ziemię. Przeszył ją wielki ból promieniujący gdzieś od stopy. Zobaczyła przed oczami milion gwiazdek, a potem ogarnęła ją ciemność.

*

– Zosieńko, Zosiu! Ocknij się, kochana. – Słyszała jak przez mgłę, mogłaby przysiąc, że to był głos babci Leokadii.
Otworzyła oczy i zobaczyła babcię, która z troską pochylała się nad nią.
– Dzięki Bogu, że nic ci się nie stało – babcia załamywała ręce. – Jak zwykle gapa z ciebie, tyle razy ci powtarzałam, że trzeba być ostrożną.
– Babciu, czy ja umarłam?
– No co ty, chociaż trzeba przyznać, że niewiele brakowało. – Babcia głaskała ją troskliwie po włosach.
Zosia poczuła błogość i odpływała gdzieś w bezpieczną otchłań.
Kiedy ocknęła się ponownie, leżała na łóżku w domu babci. Słyszała, jak Leokadia krząta się przy kuchni. Przez uchylone drzwi ktoś wślizgnął się do ciemnego pokoju. Chciała się ruszyć, ale opatrunek na nodze skutecznie jej to utrudniał. Słyszała kroki i ktoś zatrzymał się przy jej łóżku. O mało nie zemdlała z przerażenia, po tym jak zobaczyła w ciemności dwa błyszczące ślepia. Kiedy jej oczy przyzwyczaiły się do ciemności, zaczęła rozpoznawać w tej zjawie niedawno widzianą wilczycę.
– Tutaj jesteś, Luna? – Babcia łagodnym głosem przywołała wilczycę do siebie.
– Skąd ona się tu wzięła? – Zofia wskazała na zwierzę.
– Można powiedzieć, że uratowała ci życie.
– To jednak nie żyję! Co będzie z moimi dziećmi? Co z moją kicią? – Targały nią pytania, majaczyła jak w gorączce.
– Zosiu, żyjesz, tylko masz złamaną nogę. Przyznam szczerze, że nie wygląda to dobrze, ale…
– Jestem w niebie?
– Zośka, skup się, do jasnej cholery! – babcia zaklęła i od razu spojrzała w niebo, jakby prosiła o rozgrzeszenie. – Żyjesz, tylko na moment zatrzymałaś się.
– Jak to, zatrzymałam się?
– No tak zwyczajnie, czasami się zdarza, jak ktoś mocno walnie się w głowę, albo przeżyje coś strasznego… – Zosia nie dała jej skończyć.
– Zaraz, zaraz. Przecież ty nie żyjesz, a wilki nie przyjaźnią się z ludźmi tak po prostu.
– Zawsze był z ciebie niedowiarek, ale teraz mnie naprawdę wkurzasz. Nie słyszałaś nigdy o duchach opiekuńczych? Wiele razy wyciągałam cię z opresji, strzegłam cię i teraz też tak robię, tylko w tej chwili jest trochę gorzej, bo straciłaś przytomność.
– Strzegłaś mnie? To gdzie byłaś, jak opuścił mnie ukochany? Kiedy straciłam pracę i sens życia – Zosia zalała się zupełnie rzeczywistymi łzami.
– Jaki tam ukochany, zwykły drań i tyle. Oszukiwał cię, kochana, a ja nie mogłam już na to patrzeć. Może trochę mu pomogłam podjąć decyzję, ale tylko trochę.
– Ty miałaś coś wspólnego z jego odejściem?
– Aż taka to nie jestem wszechmocna, ale nie powiem, ucieszyłam się, kiedy wpadł w ramiona kolejnej kochanki. On nie był ciebie wart i tyle. Z pracy sama się zwolniłaś, ale to akurat była dobra decyzja – babcia uśmiechnęła się do swoich myśli. – Nareszcie będziesz miała dość czasu, by zająć się czymś, co kochasz. No i wróciłaś na swoje miejsce w rodzinne strony, a ja będę mogła nareszcie odpocząć.
– Zaraz, chwileczkę. Ja jeszcze nie podjęłam decyzji o powrocie do Wary. Przyjechałam na jakiś czas, żeby zastanowić się, co robić dalej – wykłócała się z babką, która nie żyła od wielu lat.
To już jest znak, że ona jest po tamtej stronie, tylko jeszcze tego nie przyjmuje do siebie. To znaczy przyjmuje, ale babka z jakiegoś powodu próbuje ją przekonać, że jest inaczej.
– Uporządkujmy – Zosia stanowczym głosem oznajmiła babci. – Byłam na polanie, jak rozpętała się burza, przeczekałam nawałnicę w komórce, która się jakimś cudem zachowała, tam spotkałam się oko w oko z wilczycą, która nic mi nie zrobiła, chociaż mogła pożreć mnie żywcem, choćby w obronie swoich szczeniąt. Potem burza minęła, a ja wracałam do domu i potknęłam się na mokrym kamieniu i…
– I złamałaś nogę w dwóch miejscach, straciłaś przytomność, i teraz ja się tobą opiekuję, i przy okazji mam sposobność porozmawiać z tobą. Więc mnie wysłuchaj w końcu, bo za chwilę będzie za późno.
– Jeżeli umrę za chwilę, to po co mi ta rozmowa?
– Nie umrzesz, ratunek jest już bliski. Słuchaj mnie, ty uparta dziewczyno. – Leokadia pomachała jej kościstym palcem tak samo, jak robiła to, kiedy Zosia była dzieckiem i nie chciała jej słuchać.
– Cała zamieniam się w słuch – kobieta przewróciła oczami na znak zniecierpliwienia.
– Ależ ty jesteś wyszczekana – Leokadia rozłożyła bezradnie ręce. – Słuchaj mnie teraz uważnie. Jak się ockniesz, nie będziesz pamiętała naszej rozmowy, czasami tylko w twojej głowie pojawią się jakieś przebłyski. Zaopatrzyłam ci nogę najlepiej, jak tylko potrafiłam w tych warunkach, nic ci nie będzie. Wszystko, co cię dzisiaj spotkało, służy twojemu dobru, więc się nie stawiaj, nie wzbraniaj się i słuchaj własnego serca, a wszystko będzie dobrze.
– Przed czym mam się nie wzbraniać? Babciu, o co chodzi…

*

– Zosiu! Zosiu! – Słyszała jak przez mgłę, ale nie potrafiła się obudzić. Ktoś szarpał ją za ramię, ktoś przekładał ją na bok.
– Co się dzieje? – wymamrotała słabym głosem.
– Chwała Bogu, żyje – kobiecy głos mówił do kogoś, kto pochylał się nad jej nogą.
Zofia otworzyła oczy. Błysk światła na moment ją oślepił. Głowa bolała ją niemiłosiernie.
– Co ty tutaj robisz? – zapytała Terenię, która uśmiechała się do niej tuż nad jej głową.
– Znaleźliśmy cię z panem Michałem – kuzynka tłumaczyła jej, raz śmiejąc się, raz płacząc.
– Pamiętam, że była burza, potem widziałam wilczycę, a potem chyba naszą babcię, ale to świadczyłoby że właśnie umarłam.
– Uderzyła się pani w głowę, stąd te niedorzeczne przewidzenia. Straciła pani przytomność, ale wcześniej zaopatrzyła pani nogę. Gdyby nie przytomność umysłu i umiejętności, pewnie ta przygoda źle by się dla pani skończyła – Michał Michałowski spoglądał co rusz w stronę polany.
– Czego pan tam wypatruje? – zapytała Zofia.
– Wezwałem pogotowie, już powinno być. Po prostu denerwuję się, bo liczy się każda minuta przy tak paskudnym złamaniu.
– Ale ja niczego nie czuję.
– No i to właśnie jest niepokojące – z troską dodał mężczyzna.
– Szłam tutaj ponad godzinę. Jak dojedzie tu pogotowie, skoro nie ma tu nawet drogi? – Zosia przywołała bliżej kuzynkę, by sprawdzić, czy starszy pan jest świadom tego, co mówi.
– Zosiu pięć minut stąd jest nowa droga, ty podeszłaś z drugiej strony, od starej drogi.
– Pięć minut stąd? - dopytała. – Jesteś tego pewna?
– Oczywiście, że jestem pewna – W tym momencie usłyszały sygnał karetki.
Pan Michał machał do kogoś z polany tuż koło starego domu. Za moment pojawiło się dwóch sanitariuszy i lekarz, który zamienił kilka słów z Michałowskim i już za moment klęczał u stóp Zosi, z zatroskaną miną oglądając jej nogę. Jeden z sanitariuszy dał jej jakiś zastrzyk w żyłę, drugi rozkładał krzesełko ratunkowe.
– Jak się pani czuje? – zapytał lekarz. – Będzie pani mogła usiąść na tym krzesełku?
– Czuję się całkiem nieźle i nie wiem, skąd tyle zamieszania wokół mojej osoby.
– Nie zdaje sobie pani sprawy z powagi sytuacji. Złamanie wygląda na poważne, ale bez prześwietlenia nic więcej nie mogę powiedzieć. Kolega dał pani zastrzyk przeciwbólowy, na jakiś czas powinien wystarczyć.
Panowie sprawnie przenieśli na krzesełko chorą, która dopiero wtedy zobaczyła nogę zapatrzoną w dwie szpatułki zrobione z gałęzi owiniętych skrawkami jakiegoś materiału.
Niczego nie mogła sobie przypomnieć, głowa jej ciążyła, więc postanowiła się nad tym nie zastanawiać.
– Tereniu! – przywołała kuzynkę. – W moim plecaku są kluczyki od samochodu, zostawiłam go koło kapliczki.
– Nic się nie martw, wszystkim się zajmiemy. – Terenia zabrała plecak od kuzynki i poszła za orszakiem.
Najpierw Zosia niesiona przez dwóch sanitariuszy, za nią lekarz, a za nim Michał. Terenia spojrzała na to, co zostało po domu jej babci i uświadomiła sobie, jak długo tutaj nie była.
Dopiero kiedy podeszli na wzniesienie za domem, Zosia zobaczyła, jak blisko było do nowej drogi. Dziwne, że będąc na polanie, nie słyszała ani jednego samochodu. Zbyt dużo tych tajemnic, niespodzianek i zbiegów okoliczności. Poczuła się taka zmęczona. Kiedy ratownicy umościli ją na łóżku w karetce, zapadła w sen. Usłyszała przeraźliwy sygnał ambulansu, ale nie miała nawet siły, by otworzyć oczy. Czuła jednak spokój i jakąś wewnętrzną pewność, że wszystko będzie dobrze.