wtorek, 9 czerwca 2015

CAFFE MEWA (3)

         Dziękuję panu – wstałam i podałam mu dłoń na pożegnanie. Iza rzuciła się do drzwi ale pan Janek był szybszy, otworzył je przed nią i rozpoczął ceremonię pożegnania. Trzymał ją za rękę i zapewniał, że w razie wszelkich pytań może dzwonić na jego prywatny numer. Ja w tym czasie ustaliłam z panią Michaliną (długonogą sekretarką pana Jana) godzinę jutrzejszych oględzin Mewy. Zadowolone opuściłyśmy gabinet Sumińskiego i wyszłyśmy na ulicę. 

Super, Mewa będzie nasza, będzie nasza – powtarzała zachwycona Iza. Hej, co jest? Nie cieszysz się?  Matko, jakoś to wszystko za szybko się toczy. Przyjechałyśmy zaledwie wczoraj, a już zaczynamy układać sobie życie w miasteczku, którego jeszcze nie zdążyłam zwiedzić. Zwiedzać będziemy później, teraz muszę się chyba napić. No, chyba lemoniady – spojrzałam na Izę z wyrzutem. Przecież, że lemoniady, zaschło mi już w gardle. 

Kiedy wróciłyśmy do pensjonatu natychmiast wykręciłam się bólem głowy i udałam się do mojego pokoju. Iza posłusznie poszła za mną ale widziałam, że jest tak podekscytowana, że na pewno jeszcze dzisiaj wrócimy do tego tematu. Kiedy zamknęłam za sobą drzwi mojego pokoju, oparłam się o nie i powtarzałam cichutko do siebie – Mam dom, mój własny dom. Potem powtórzyłam na głos: Mam Dom!
Usiadłam przy małym stoliczku i wyciągnęłam moje anielskie karty. Popatrzyłam na nie z radością i takim dziwnym przeczuciem, że wszystko co się teraz dzieje jest za sprawą Anioła Stróża i jego pomocników, których obecność nieustannie czuję.

Najpierw wyciągnęłam kartę z Aniołem Pokoju, który pojawia się po to by prostować drogi i nieść ukojenie. A więc wszystko co się tutaj dzieje jest pod kontrolą moich skrzydlatych sprzymierzeńców.
Następnie wyciągnęłam kartę Opiekuna Związków Małżeńskich i poczułam, że właśnie jest tuż przy mnie. Tak, pamiętam. Jestem jeszcze żoną, a separacja to jeszcze nie rozwód. Co mi chodzi po głowie? Mam nadzieję, że wszystko się nam jeszcze ułoży. Chyba oszalałam, mój mąż wysyła mnie na urlop od naszego małżeństwa, a ja dalej chcę z nim układać swoją przyszłość?
Wyciągnęłam trzecią kartę i uzyskałam odpowiedź na moje wątpliwości: Twoje pragnienia spełnią się w najbliższej przyszłości. Miej wiarę i bądź cierpliwa. Nie próbuj wymuszać ich urzeczywistnienia.
Jak mam coś wymuszać, jeżeli nie wiem czego pragnę? Nie mam nawet planu co będę tu robić. O, przepraszam - właśnie postanowiłam wynająć dom i prowadzić kawiarnię. 

Rozmowa z aniołami wprowadziła mnie w dobry nastrój. Z zadumy wyrwał mnie dzwonek mojego telefonu. Słucham? To ja, Iza. Matko co się stało, dlaczego dzwonisz? Zaraz do ciebie wpadnę to porozmawiamy. Nie, nie Alicja, spokojnie. Chcę ci tylko powiedzieć, że mam mały kryzys. Pewnie za dużo emocji jak na jeden dzień. Wiesz, nie pójdę już na kolację. Po prostu chce się już położyć. Alicja jesteś tam? Tak jestem. Dobrze, ale proszę cię zaraz mnie obudź, gdyby w nocy działo się coś złego. No dobrze, nie panikuj - zaśmiała się do słuchawki. Wcale nie panikuję – zaczęłam się tłumaczyć. Dobrze już. To takie miłe, że ktoś się o mnie martwi. Dobranoc, Alicja i dziękuję ci. Dobranoc. 

Odłożyłam słuchawkę i nawet wahałam się czy do niej nie zajrzeć ale coś mnie powstrzymało. Spokojnie, ta dziewczyna umie dbać o siebie, nie mogę jej przecież osaczać. Nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu - przypomniałam sobie słowa mojej Bożenki i postanowiłam zająć się swoimi sprawami. Odpaliłam mojego laptopa i przejrzałam pocztę. Większość to same reklamy. Ileż tego, zaśmiecona cała poczta. Zrobiłam porządek i określiłam spam, żeby znów nie powtarzać tych denerwujących czynności. Napisałam też maila do Bożenki. Takie tam nasze zwyczajne, codzienne gadanie.
Ja: Jestem już w łóżku i trochę sobie poleniuchuję. Buziaczki.
Natychmiast otrzymałam odpowiedź. 
Bożenka: Ty mnie nie denerwuj, jeszcze jestem w pracy i długo stąd nie wyjdę.
Ja: Pracoholizm to wstrętna przypadłość ale pieniążki ją lubią.
Bożenka: Trudno ci zaprzeczyć, ty moja mądralo. Dobrej nocy.

Wylogowałam się z poczty i zamknęłam laptopa. Dobrze, że jest internet. Mogę pogadać na skypie z moją przyjaciółką i będzie mi raźniej, bo chyba zaczynam tęsknić za domem, i za moimi aniołkami, które tam zostawiłam, no i chyba muszę się do tego przyznać - tęsknię też za Adamem. Zastanawiam się czy to jest miłość czy tylko przywiązanie. Fakt jest faktem po prostu brakuje mi jego obecności. Chyba nie będę ryczeć? 
A jednak będę.

Rano obudziłam się w ubraniu, cała „połamana” jakbym piła całą noc. Udałam się do łazienki w nadziei, że prysznic postawi mnie na nogi. Spojrzałam do lustra. OK trochę lepiej, niewiele lepiej ale zawsze. Zapukałam do drzwi pokoju w którym mieszkała Iza. Prawie natychmiast otworzyła. Jesteś jakaś przygnębiona stwierdziłam bez ogródek. Bo trochę źle się czuję. Mała całą noc wierciła się niemiłosiernie i dlatego dzisiaj czuję się taka skopana. Wszystko mnie boli. Przerwałam jej w pół zdania – To musimy pójść do lekarza, zrobić jakieś badania czy coś tam, no musi zobaczyć cię lekarz. Powiedziałam to tak jak mówią przyszli ojcowie np. mieliśmy dzisiaj mdłości albo będziemy dzisiaj rodzić.
Wiem, ale ja tu nikogo nie znam. To żadna przeszkoda, żyjemy przecież w cywilizowanym świecie. Masz jakieś wcześniejsze wyniki badań, czy książeczkę albo jakiś inny dokument przebiegu twojej ciąży? Oczywiście że mam, może sprawiam wrażenie trochę zagubionej ale mamą jestem świadomą.

No, to zaraz coś zaradzimy – powiedziałam pewnym siebie głosem. Zawsze tak mam, jak trzeba komuś pomóc, natychmiast przechodzę do działania. Posadziłam Izę wygodnie w holu pensjonatu,  pod bacznym okiem recepcjonistki, a sama udałam się do biura Basi. Kobieta bez zbędnych pytań chwyciła za telefon i wykręciła numer telefonu zaprzyjaźnionej pani doktor. Wizytę macie zamówioną, Mariola jest akurat w swoim gabinecie, Tu masz adres i nazwisko mojej lekarki. Przepraszam,  ja tak po imieniu, ale te okoliczności...
Nic nie szkodzi,  mam na imię Alicja i proszę niech tak zostanie. Miło mi, Basia.
Będę na was czekać – powiedziała mi na odchodne. Pomachałam tylko ręką i pobiegłam do Izy. Wpakowałam przerażoną dziewczynę na przednie siedzenie mojego samochodu. Po pięciu minutach jazdy, byłyśmy przed okazałym budynkiem z wygodnym parkingiem. Duża tablica informacyjna wyjaśniała wszystko: Prywatne Gabinety Lekarskie. Spójrz - wskazałam na szyld - Mariola Barteczko Ginekolog-Położnik. 

W przestronnym holu czekała już na nas recepcjonistka, która posadziła Izę na wózku do transportu chorych, a do mnie powiedziała – Mama zostaje tutaj i wskazała mi miejsce w poczekalni. Tak szybko się oddaliła, że nie zdążyłam nawet sprostować. Po dłuższej chwili drzwi się otwarły i zostałam zaproszona do środka. Doktor Mariola była w wieku zbliżonym do mojego ale szczupła sylwetka i dziewczęca uroda ujmowały jej lat.
Rozwiązanie nastąpi za jakieś dwa miesiące, około 15 października. Dziecko jest już dość nisko ułożone, więc musi pani dopilnować, żeby przyszła mama dużo odpoczywała. Oczywiście, wszystkiego przypilnuję – ochoczo przytaknęłam. Iza siedziała milcząco przy mnie. Była lekko przestraszona i taka skulona, podobnie jak wtedy, kiedy spotkałam ją po raz pierwszy w przydrożnym barze. Pani doktor wypisała receptę i ustaliła termin przyszłej wizyty. Załatwiłam wszystko w recepcji i wyruszyłyśmy w drogę powrotną. 

Dziękuję ci bardzo – cicho powiedziała. Nie ma za co, nie mam nic innego do roboty więc chętnie ci pomogę. Powiedziałam to tak, żeby Iza nie czuła ciągłego zakłopotania. Z prawdziwą troską pogłaskałam ją po ręce. Uśmiechnęła się do mnie tym swoim pięknym, trochę smutnym uśmiechem. No, teraz już chyba mnie poniosło, bo uśmiech z definicji nie jest smutny, ale ten jej taki jest. Do pensjonatu wróciłyśmy głodne i zmęczone. Basia przechwyciła nas już w drzwiach, nakarmiła, wysłuchała i wysłała na zaordynowany odpoczynek.

Na komodzie zauważyłam mój telefon, a na wyświetlaczu odczytałam 6 wiadomości. Wszystkie od pana Sumińskiego z Biura Nieruchomości w sprawie umówionego spotkania w Caffe Mewa. O kurcze, zupełnie o tym zapomniałam. Ale swoją drogą facet się chyba przejął swoją rolą, bo w tych esemesach zawarta była jakaś troska np. Proszę o kontakt w sprawie wynajmu. Czy wszystko u Pani w porządku? Albo: Mam nadzieje, że u pań wszystko w porządku, bo pani Iza wyglądała trochę mizernie – przepraszam za poufałość, ale się martwię. Na koniec: Proszę o odpowiedź, będę czekał do skutku, bez względu na porę. 
Ale namolny – ciekawe czy pisał też do Izy, bo jeśli tak to będzie wkurzona. Jeżeli on myśli, że będę go informować o każdym naszym kroku, to się grubo myli - powiedziałam na głos i zignorowałam te nachalne esemesy. 

Obiad zjadłyśmy w pokoju Izy, a właściwie na tarasie. Obie z Basią zajęłyśmy się naszą podopieczną troskliwie, ale tak, żeby nie czuła się ta naszą dobrocią przytłoczona. Wygrzewałyśmy się leniwie w słoneczku, a kiedy nadchodziły chmury, przykrywałam Izę kocykiem. Oj, jak cudownie tak dać się porozpieszczać, zamruczała jak zadowolona kotka. Cieszyłam się w duchu, że jest otwarta na pomoc i nie muszę udawać, że jej los i los tej małej kruszynki jest mi obojętny. Kiedy wieczorem już w swoim pokoju szykowałam się do snu, postanowiłam, że odpiszę panu Jankowi i podziękuję za troskę. Napisałam: U nas wszystko dobrze, Iza była u lekarza na wizycie kontrolnej, już jest OK. Musi tylko dużo wypoczywać. Pozdrawiam i przepraszam, że nie przełożyłam naszego spotkania. Alicja Życińska.
Telefon od razu zamigotał – Bardzo dziękuję za wiadomość. Miłych snów.
Na pewno nie dzwonił do Izy, czekał tyle czasu na wiadomość. Zanuciłam sobie:”Czy to jest miłość, czy to jest kochanie?” Zasnęłam w poczuciu szczęścia, że oto ktoś troszczy się o kogoś, a ja jestem tego świadkiem.

Wcześnie rano obudził mnie deszcz. W piżamie i ciepłych skarpetkach usiadłam przy małym stoliczku, zapaliłam świeczkę i wzięłam do ręki talię Przesłanie od Twojego Anioła Stróża. Trzy karty położone obok siebie ukazały mi sprawy, nad którymi powinnam się dzisiaj zastanowić, a więc: Anioł Obfitości zapewnił mnie, że otrzymam pieniądze, których potrzebuję. Sposób w jaki się to stanie jest w rękach Opatrzności. Miej wiarę. Joga, ćwiczenia fizyczne lub inny sposób ruchu są niezbędne dla twojego dobrego samopoczucia, spokoju umysłu i duchowego rozwoju. Pewien etap twojego życia dobiega końca. Poproś swojego Anioła Stróża o pocieszenie. Czeka cię szczęście. 

Jeżeli chodzi o moje ciało to jakaś aktywność fizyczna by mi się przydała, a i kilka kilogramów przy okazji też by było dobrze zgubić. Na początek zaczęłam powtarzać afirmację, którą bardzo lubię: Kocham swoje ciało i dobrze się nim opiekuję. Wyciągnęłam z biurka samoprzylepną małą karteczkę w różowym kolorze i napisałam na niej taką afirmację: Kocham i jestem kochana, a miłość jest dla mnie bezpieczna. Jestem w szczęśliwym i spełnionym związku, z mężczyzną, który mnie bardzo kocha.

Poszłam do łazienki i zrobiłam coś na co miałam ochotę już od dawna. Przykleiłam ją w prawym górnym rogu lustra, żebym mogła ją czytać ilekroć będę się w nim przeglądać. Próbowałam to kiedyś zrobić w moim domu, ale Adam wyśmiał mnie nazywając to tanim chwytem. Chciałam mu wytłumaczyć dlaczego to robię ale uśmiechnął się dziwnie i poprosił, żebym to zdjęła i nie ośmieszała się więcej. Więc zdjęłam i już nigdy żadnej karteczki nie przywiesiłam ani na lustrze, ani na lodówce, ani w żadnym innym miejscu. Teraz mogę robić co chcę i napewno z tego skorzystam. Uśmiechnęłam się do swojego odbicia w lustrze. Dość tego rozmyślania, zdyscyplinowałam się natychmiast. 

Zapukałam do Izy, która uchylając drzwi, poinformowała mnie, że rezygnuje ze śniadania. Dałam za wygraną, ale poprosiłam Basię o podanie jej lekkiego śniadania do pokoju. Zadzwoniłam do pana Sumińskiego i umówiłam nas na 16-tą  w Caffe Mewa. Od razu zapytał czy przyjadę z Izą bo  jak stwierdził - lepiej by było gdyby panie obie zobaczyły i zadecydowały. Ja będę na pewno, a co do Izy trudno mi powiedzieć, sam pan rozumie jej stan. Tak, tak oczywiście, to do zobaczenia o 16. No i się rozłączył. Po co on ma sekretarkę? – pomyślałam.

Kiedy o 13-tej  ponownie zapukałam do Izy, otworzyła natychmiast, cała zapłakana. O mało nie dostałam zawału. Co się stało, źle się czujesz? Nie, skądże, z dzieckiem wszystko w porządku. To dlaczego płaczesz do cholery ?– zapytałam poirytowana.
A z czego mam się cieszyć? Odpowiedziała mi pytaniem na pytanie. Rozwiązanie tuż, tuż a ja nie mam pracy ani domu. Co ze mnie za matka? Bezdomna, bezradna i beznadziejnie nieszczęśliwa. Co ty mówisz, opamiętaj się dziewczyno! Najpierw namawiasz mnie na kawiarnię a teraz chcesz się mazać? Jak ja sobie z tym wszystkim dam radę? Natychmiast otarła łzy. Czekaj, zaraz się ogarnę i zadzwonimy do tego, nooo, jak mu tam? Janka Sumińskiego – podpowiedziałam. Tak do tego Sumińskiego. Już to zrobiłam, jesteśmy umówione. Chwileczkę, ja muszę sobie jeszcze popłakać. Ja ci dam popłakać – klepnęłam ją lekko w pośladek. Ej, babciu nie bij mnie po pupie bo będę miała dzieci głupie. Śmiałyśmy się razem z tej rymowanki. Zaraz jak powiedziałaś do mnie - Babciu? No przecież Emilka musi mieć babcię, prawda?. Prawda – potwierdziłam. Emilka, ładne imię – rozmarzyłam się przez chwilę, Prawda – Iza uśmiechnęła się czule. No i mamy po kłopocie, te hormony nie przestaną mnie zadziwiać. Kolejny raz przeszłyśmy od płaczu do euforii a ja wciągam się w te nastroje jak każdy kochający mąż lub matka. Mówię o nastrojach Izy tak jakby dotyczyły również mnie. Istna jazda na kolejce górskiej; góra, dół i znowu góra. Pocieszające jest to, że to potrwa tylko dwa miesiące, damy radę. 

Siedzę sobie na tarasie, bo już nie pada i wdycham świeże powietrze. Iza poszła do łazienki trochę się odświeżyć, bo na płacz nie ma już czasu ani ochoty. Jestem gotowa – wyrwała mnie z zamyślenia. Otworzyłam oczy i zobaczyłam śliczną dziewczynę w delikatnym makijażu i ślicznej kolorowej tunice. Wyglądała zachwycająco, a po niedawnym złym nastroju nie zostało nawet wspomnienie. Do Mewy poszłyśmy spacerkiem, powoli omijając kałuże, podziwiałyśmy ogrody przed okazałymi willami. Prawda, że tu pięknie? - zagadnęła mnie Iza. Tak, rzeczywiście. Piękne domy stoją przy tej ulicy, ale mam wrażenie jakby nikt tu nie mieszkał. Większość tych domów to letnie rezydencje zamożnych ludzi. Pani Bronia, poprzednia właścicielka Mewy przyjaźniła się z wieloma z nich. Często chodzili do kawiarni na pyszne desery, a często nawet na śniadania. Fajne to były czasy. 

Dalej szłyśmy w milczeniu. Ona zatopiona we własnych wspomnieniach i ja obok niej, jakbym szła na spacer z osobą, która znam od lat. Dziwne jest to uczucie tworzenia nowej rzeczywistości. Jeszcze tydzień temu mieszkałam w dużym, smutnym domu z mężem, który był w nim gościem. Teraz czuję się jakbym wyjechała na wakacje życia. Jeszcze nie umiem,  a może nie chcę wyobrazić sobie, że właśnie idę oglądać nowe mieszkanie, nowe miejsce pracy z nową przyjaciółką. Jedno mnie zastanawia, czy nie za wiele tych nowych rzeczy?. Ale jakie mam teraz wyjście, muszę przecież gdzieś zakotwiczyć i zacząć żyć normalnie, bo każde nawet najpiękniejsze wczasy muszą się kiedyś skończyć.



niedziela, 7 czerwca 2015

CAFFE MEWA (2)

         Popatrz, to jest kawiarnia w której kiedyś pracowałam – Iza wskazała palcem budynek z napisem Caffe Mewa. 

Usiadłyśmy na ławeczce po przeciwnej stronie ulicy. Jak tu spokojnie, dom taki zadbany, widać, że komuś na nim bardzo zależało. Budynek jest już wiekowy, może dlatego jest taki piękny. Zakochałam się w tym miejscu – powiedziałam cicho. Miałam taką nadzieję – odpowiedziała równie cicho Iza. Dlaczego miałaś taką nadzieję? Bo to miejsce jest dla nas wymarzone. Tak myślisz? - dopytywałam zdziwiona. Wiesz, nie znam się na prowadzeniu kawiarni – odpowiedziałam. Za to ja się znam i nawet pokochałam to zajęcie – kontynuowała Iza. Słuchaj, ja mam kłopoty, ty masz kłopoty, może tu zostaniemy, wynajmiemy kawiarnię i spróbujemy stanąć na nogi. Znasz to powiedzenie ?„Ja nie mam pieniędzy, ty nie masz pieniędzy, to razem zbudujemy fabryk.” Tak znam - uśmiechnęłam się do swoich myśli. 

Literatura to moje hobby, zawód wyuczony bibliotekarka i nigdy nie pracowałam ani w swoim zawodzie ani w żadnym innym. Dlaczego myślisz, że możemy robić coś razem? Bo chyba los tak chciał – kontynuowała Iza. Sama musisz przyznać, że ciągle wpadamy na siebie. Lubię cię i chociaż z natury jestem zamknięta w sobie i ostrożna to w twoim towarzystwie czuję się bezpieczna i spokojna. Jeszcze parę godzin temu byłam gotowa targnąć się na swoje życie. Chyba żartujesz – przerwałam jej. Nie, nie żartuję, mówię najpoważniej na świecie. Za to teraz mam już plan na przyszłość i ochotę na życie, bo nie jestem już sama. Nawet jak urodzi się moja córka to wiem, że mogę na ciebie liczyć. A więc to będzie córeczka? - wyraźnie ucieszyła mnie ta wiadomość. Widzisz sama, my już tworzymy rodzinę. Proszę, spróbujmy to jakoś poukładać, chociaż do czasu, aż urodzę i dojdę do siebie. Mam oszczędności, może wystarczy nam na początek. Proszę cię, sama nie dam rady, nie teraz, kiedy spodziewam się dziecka – Iza mówiąc te słowa stała się taka poważna, jakby przybyło jej parę lat.

Zrobimy tak – powiedziałam stanowczo - jutro pójdziemy pod wskazany adres i dowiemy się czy stać nas na wynajęcie tej kawiarni, potem się dobrze zastanowimy i podejmiemy decyzję co robić dalej. Nie byłam do końca przekonana do tego projektu ale bałam się o tym powiedzieć Izie. Nie po tym, co mi przed chwilą powiedziała. Słuchaj Iza - co jest takiego pasjonującego w parzeniu kawy? Tu nie chodzi tylko o parzenie kawy ale o ten klimat oraz ludzi, którzy przychodzą do kawiarni. Czas się w takim miejscu zatrzymuje, ludzie są dla siebie mili i uprzejmi bo przychodzą nie tylko napić się kawy, ale żeby spotkać przyjaciół lub posiedzieć czasami sam na sam ze swoimi myślami. Ta kawiarnia ma szczególny klimat. Taki anielski. Jaki? zapytałam z niedowierzaniem. Anielski - powtórzyła cicho. 

Dobrze, dość tych rozmyślań zadecydowałam, a Iza posłusznie wstała i ruszyłyśmy na parking gdzie zostawiła swój samochód. Pomogłam zanieść jej skromny bagaż do jej pokoju po czym pożegnałyśmy się bo obie miałyśmy dużo do przemyślenia. Cały wieczór zajęło mi rozpakowywanie moich bagaży. Zawsze tak robiłam, kiedy miałam poważny problem. Zabierałam się wtedy za porządki, przekładanie ciuchów w szafach, nawet jeśli panował w nich ład.  Czynności te pozwalały mi zająć mój umysł prostą, pożyteczną pracą. Po takich czynnościach przeważnie miałam jakieś dobre pomysły i miałam nadzieję, że i tym razem również tak będzie. 

Wszystko było już ułożone i posprzątane za to w mojej głowie nadal nic nie było poukładane. Wyjęłam z torebki moje anielskie karty. Zapaliłam świeczkę i zapytałam anioły wprost - co mam robić? Co będzie z moją przyszłością? Wyłożyłam karty i otrzymałam taką odpowiedź: Masz ważną rzecz do zrobienia, nie pozwól by niepewność powstrzymała cię przed osiągnięciem tego celu. Musisz zaufać swojej intuicji i uwierzyć w siebie. Przygotuj się na gorący romans – może poznasz kogoś nowego, a może w twoim związku znów zaiskrzy namiętność. Bądź otwarta na dawanie i przyjmowanie miłości. 

Swoją drogą jakie te aniołki są dowcipne. Dopiero co rozstałam się ze swoim mężem, a oto los już mi szykuje nowy związek. W moim starym związku raczej już nic nie zaiskrzy. Mówię raczej, bo to mój mąż postanowił, że na razie od siebie odpoczniemy. Podobno to dla nas konieczne, inaczej grozi nam, że się znienawidzimy. To ciekawe, bo ja żadnej nienawiści do niego nie czuję.  Znudzenie, brak zrozumienia - owszem, ale nienawiść jest mi obca. On w szlachetnym porywie przelał mi na moje osobiste konto okrągłą sumkę i powiedział: Zrób sobie wakacje. Tak też zrobiłam. Pojechałam przed siebie. Pierwszy raz zrobiłam coś spontanicznie, bez planu, bez zastanowienia. Boże, muszę się wziąć w garść, muszę zarabiać na życie, muszę się ogarnąć. Może ta mała ma rację? W końcu nic w życiu nie dzieje się bez przyczyny, więc pewnie nasze spotkanie też nie było przypadkowe. Jutro sprawdzimy warunki wynajmu i postanowimy co zrobić dalej. 

Położyłam się do łóżka spokojna i nawet podniecona jutrzejszym dniem. Kiedy zgasiłam światło, pomyślałam o Adamie. Czy mój mąż, bo przecież ciągle nim jest, chociaż przez moment o mnie pomyślał? Czy się martwi? Usiadłam na łóżku, zapaliłam lampkę nocną i sprawdziłam czy nie dzwonił. Brak połączeń, esemesów również brak. Nie wiem czy się martwić, czy się cieszyć, zadzwonić, a może nie dzwonić?  Ta niepewność mnie wykończy. Czy ja nigdy nie przestanę się nim przejmować? Zgasiłam światło i próbowałam zasnąć. Zaraz - jak to mówi moja przyjaciółka Bożenka, koń ma wielki łeb więc niech się martwi. 

A może powinnam zadzwonić do Bożenki? Jest przecież moja przyjaciółką, a o niczym jeszcze nie wie, chyba jestem jej to winna. Jutro rano zadzwonię, to już postanowione. Znowu zapaliłam światło i stwierdziłam, że muszę wziąć prysznic bo inaczej nie zasnę. Może to nowe miejsce, nowe łóżko i nowa rzeczywistość nie pozwala mi spać?

Moja łazienka jest bursztynowa.  Duże kafle w ciepłym miodowym kolorze, a wokół lustra drobne kamyki w różnych odcieniach prawdziwego bursztynu. Całość jest przytulna i ciepła. To są moje klimaty, jesienne barwy są takie kojące. Wzięłam szybki prysznic i otulona miękkim szlafrokiem wróciłam do łóżka. Mimochodem sprawdziłam esemesy: „Czy u ciebie wszystko w porządku?. Martwię się o ciebie. Adam.” Akurat się martwisz – powiedziałam na głos do siebie, ale jestem dobrze wychowana kobietą więc natychmiast odpisuję: „Jestem nad morzem. Wszystko OK. Alicja”. Musiałabym skłamać, gdybym powiedziała, że nie było mi miło. Napisał, znaczy, że się o mnie martwi. Spojrzałam na zegarek - 22.15. Wyślę też esemesa do Bożenki. Telefon odpowiedział cichym sygnałem zwrotnej poczty: Bożenka: „ Baw się dobrze. Zadzwonię jutro. Buziaczki”.

Obudził mnie ruch na korytarzu. Godzina wczesna ale pogoda przepiękna więc mogę być wdzięczna ludziom, którzy mnie obudzili. Co mi się śniło? pomyślałam, otwierając okno na taras. Iza kompletnie ubrana stała już na balkonie. Dzień dobry – powiedziałam radośnie. Cześć - odpowiedziała bez entuzjazmu. Źle spałam, chyba za dużo wrażeń jak na jeden dzień, mała się wierciła, a ja nie mogłam zasnąć. No to szybko się ubieram i spotykamy się w jadalni – wysłałam jej kolejny promienny uśmiech. 

Ledwo weszłam do pokoju, a mój telefon dzwonił jak szalony. Cześć Bożenko! Spać nie możesz, czy co? – zaświergoliłam wesoło do telefonu. Słuchaj moja droga, wyjeżdżasz sobie na wczasy tak niespodziewanie, przecież to do ciebie niepodobne. Nie miałaś problemu, żeby namówić na ten wypad twojego pracoholika? Musisz mi powiedzieć jak to zrobiłaś, może też skorzystam – moja przyjaciółka nadawała z szybkością karabinu maszynowego. Bożena, proszę, posłuchaj mnie – nareszcie jej przerwałam. Jestem sama bez Adama. Cooo...? Sama? To mów mi zaraz co się stało. Powiem ci tylko sobie usiądź. Siedzę – usłyszałam w słuchawce. 

Rozstaliśmy się z Adamem. Nie? Tak, ale to nie był mój pomysł – dodałam. Alicja, czy on ma kogoś? Nie wiem. Jak to nie wiesz? Mów mi wszystko jak na spowiedzi bo zaraz mnie tu coś trafi – Bożenka swoim zwyczajem wszystko chciała wiedzieć dokładnie. Nigdy nie przepadała za Adamem, ale nigdy też nie buntowała  mnie przeciwko niemu. Często dziwiła się jak ja znoszę te jego dziwaczne zachowania. Czasami mówiła mi – On cię ogranicza, ty się przy nim nie rozwijasz. Albo - ja cie nie poznaję, kiedyś byłaś pełna pomysłów, miałaś plany, a teraz schowałaś się za tego twojego maczo i nic ze swoim życiem nie robisz. No, mów - ponaglała mnie. Co ci mam powiedzieć? Dwa dni temu powiedział mi, że ja go ograniczam, że się nie rozumiemy, że jakoś mu duszno że mną. No, nie mów! - krzyknęła oburzona. On się dusi z Tobą? Dobre sobie! – Bożenka robiła się coraz bardziej nerwowa, a ja spokojnie mówiłam dalej.  Tak więc zabrałam swoje rzeczy i wyjechałam. Może mu się coś odmieni. Jemu ma się odmienić? Bo zaraz powiem ci coś nieprzyjemnego – grzmiała do telefonu. Mów, będziemy to mieć już za sobą – też podniosłam głos. I usłyszałam: A NIE MÓWIŁAM? Wiesz Bożenko, ty to umiesz pocieszyć człowieka. 

Przepraszam, masz rację. Powiedz mi jak się trzymasz i gdzie się zatrzymałaś? Jestem nad morzem w Rewie, a konkretnie to mieszkam w Pensjonacie u Basi, piękne miejsce. Bożena zmieniła ton na taki słodko-łagodny. Powiem ci, że jestem z ciebie dumna. Tak? a niby dlaczego? Zostałam sama jak palec po dwudziestu pięciu latach małżeństwa. Nie, oczywiście że nie dlatego. Dlatego, że odeszłaś z honorem i dlatego, że nie robisz z siebie ofiary i dlatego, że nie beczysz. No, zaraz to chyba ty się rozbeczysz – odpowiedziałam. Ja? szczerze zdziwiła się Bożenka. Nigdy w życiu! 

No, dobrze. Powiedz mi Alicja jak tam u ciebie z kasą,  masz za co żyć? Bożena wie doskonale, że finansami w naszej rodzinie zarządzał zawsze Adam, ja nigdy nie miałam własnych pieniędzy, stąd więc jej zatroskanie. Mam pieniądze i to nawet sporo, mam nawet własne konto. Oo, to chociaż tu się postarał, chyba go już za to lubię - zażartowała.
Nie zrozum mnie źle, teraz wygląda to może kiepsko ale jakoś się przecież urządzisz i pewnie mu jeszcze za to podziękujesz – tym razem przyjaciółka zaczęła mnie pocieszać. Oby tak było. Słuchaj Bożenko, muszę iść na śniadanie – przerwałam naszą rozmowę w obawie, że się zaraz to ja się rozczulę. Dojechał tu tłum zgłodniałych facetów i... Dobrze, już nie kończ bo ci będę zazdrościć. Chyba żartujesz? – zapytałam, żeby się upewnić. Oczywiście, że żartuję. No to pa! I się rozłączyła. Zaraz, jak ja to powiedziałam? - tłum wygłodniałych mężczyzn?. Mogła mnie źle zrozumieć. Na pewno tak było, już ja znam moją przyjaciółkę i jej złote myśli. 

Kiedy zeszłam na śniadanie, rzeczywiście tłum młodych ludzi oblegał szwedzki stół. Iza ruchem ręki wskazała mi nasz zarezerwowany stolik. Coś długo ci zeszło – popatrzyła na mnie z dezaprobatą. Przepraszam, rozgadałam się przez telefon z moją przyjaciółką. Jak z przyjaciółką to jesteś usprawiedliwiona. Teraz już idź po żarełko bo ci zabójczy faceci mają wilcze apetyty. Czy wy wszystkie jesteście zboczone?  – wymownie przewróciłam oczami. Ja mogę mówić tylko za siebie. Zboczona nie jestem, raczej zdrowa – Iza uśmiechnęła się promiennie. 

Zauważyłam, że pomimo swojego błogosławionego stanu, wzbudza zainteresowanie męskiej części wczasowiczów. Kobiety mogą jej co najwyżej pozazdrościć pięknej twarzy o pełnych ustach i wielkich niebieskich oczach. Długie, szczupłe nogi pomimo jej stanu, to już prawdziwy atut. Dlaczego mi się tak przyglądasz? zapytała. Bo ładnie wyglądasz. Dziękuję, chociaż w dużej mierze to zasługa dobrego makijażu – odpowiedziała skromnie. Jeżeli chcesz to cię nauczę. Och dziękuję, ale w moim przypadku to wiele nie zmieni. Chyba trochę za surowo się oceniasz. Zostawmy to proszę – nie miałam ochoty sprzeczać się z nią dłużej. OK – odparła ugodowo. Dopiero moja ulubiona kawa z dużą ilością mleka, wprawiła mnie w cudowny nastrój. Poranne słońce ogrzewało nas przez szybę. Siedziałyśmy dłuższą chwilę pogrążone we własnych myślach. 

Pierwsza odezwała się Iza – Przemyślałaś moją wczorajsza propozycję? Przemyślałam i postanowiłam spróbować swoich sił w branży gastronomicznej. To cudownie... Zaraz, zaraz na razie się nie podniecaj – ostudziłam jej euforię. A co jest złego w podnieceniu? – zamruczała pod nosem Iza. Moja droga, ta ciąża padła ci chyba na mózg, przecież tobie się wszystko kojarzy z... To są moja droga, hormony i nic więcej – odparła urażona. No już dobrze, teraz porozmawiajmy szczerze – powiedziałam tak poważnie, że Iza kiwnęła głową na znak zgody i też przybrała tak poważną minę, że wybuchnęłam śmiechem. Nie rozumiem – rzuciła obrażonym tonem. Najpierw prosisz mnie o powagę po czym wybuchasz śmiechem!  I kto tu ma burzę hormonów? – fuknęła na mnie. 

Teraz to już obie śmiałyśmy się serdecznie, aż Iza podtrzymywała sobie brzuszek. Nasze rozbawienie przyciągało zdziwione spojrzenia ludzi siedzących przy sąsiednich stolikach, ale mówiąc szczerze mało nas to obchodziło. Przywołałam się do porządku i zaczęłyśmy naszą pierwszą biznesową rozmowę.  No więc tak - pójdziemy dzisiaj do biura nieruchomości i dopytamy o warunki wynajmu. Dom jest przepiękny, lokalizacja ciekawa i zauważyłam, że przebiega tam droga na plażę, więc boję się, że oferta może być już nieaktualna. Byłam tak podekscytowana, że aż samą mnie to zdziwiło. Cieszę się, że cię tak wzięło – Iza zaczęła klaskać w dłonie jak mała dziewczynka. Proszę cię,  jeszcze na razie nie róbmy sobie wielkich nadziei. Jeżeli ma to być nasze miejsce na ziemi, choćby nawet na krótki czas, to niczego nie przyspieszajmy – celowo hamowałam nasze zapędy. Zgoda – Iza podała mi dłoń jak prawdziwy wspólnik w interesach. 

Wstałam od stołu, Iza ruszyła za mną. Przepraszam cię Alicja, może będę zbyt obcesowa, ale chyba nie zamierzasz iść w tych ciuchach na rozmowę w sprawie wynajmu? A co jest w moim stroju niestosownego? - zapytałam zdziwiona. Sorry, ale wszystko. To znaczy? – dopytywałam. Znasz zasadę, że jak cię widzą tak cię piszą? - zapytała mrużąc oczy. Tak, znam. Więc powiem ci, że wyglądasz mało poważnie jak na bizneswoman, godną zaufania, przyszłą szefową Caffe Mewa. Gdybyś znała poprzednią właścicielkę to byś wiedziała o czym mówię – mówiła dalej, bacznie mi się przyglądając. Teraz dopiero zaskoczyłam i zrozumiałam skąd ten wyjątkowy wygląd Izy. Myślisz, że to jest konieczne? – zapytałam z nutką nadziei w głosie. Iza swoim zwyczajem pokiwała głową. Wiem co mówię,  to jest konieczne. Pierwsze wrażenie jest najważniejsze. Idziemy na górę i tylko mi nie mów, że nie masz nic odpowiedniego. 

No, tak źle to nie jest. Coś tam się znajdzie - szybko przejrzałam w myślach swoją garderobę i już wiedziałam,  że muszę włożyć ten elegancki lniany kostium, który kupiłam na ostatnie przyjęcie z okazji urodzin Adama. Mam wiele pięknych i drogich rzeczy w swojej szafie, ale nie zabrałam ich ze sobą bo źle mi się kojarzyły. Chodźmy na górę – ponagliła mnie Iza - bo do wieczora nie zdążymy. Mówiąc szczerze,  trochę nam zeszło nim Iza przerobiła mnie na kobietę sukcesu. Byłam oszołomiona taką metamorfozą. Iza, ty jesteś czarodziejka – powiedziałam, kiedy spojrzałam w lustro. Proszę bardzo - oto wydobyte z ciebie piękno. Pracowałam w reklamie to wiem, że wizerunek to ważna rzecz. Powiem ci Alicjo, że potencjał to ty masz, musimy tylko nad tobą popracować. Nic nie musimy, mam dosyć udawania, jestem jaka jestem i już – stałam twardo na straży swojego stylu. Jesteś fajna ale możesz być jeszcze fajniejsza. Masz coś przeciwko? Dobrze, idziemy - zarządziła i lekko pchnęła mnie w stronę wyjścia. Przechodząc mimochodem spojrzałam znowu w lustro. Naprawdę wyglądałam znakomicie, mimo prawie pięćdziesięciu lat i rozmiaru 48. Może to te wysokie obcasy, może makijaż, w każdym razie całość mile mnie zaskoczyła.

Bez trudu odnalazłyśmy biuro, które mieściło się w pięknie odrestaurowanej kamienicy przy samym rynku. Przeczytałam szyld nad wejściem „Biuro nieruchomości Hacjenda” Fajna nazwa, trochę tajemnicza, obcobrzmiąca ale dobrze się kojarzy – powiedziała Iza i dodała - Przepraszam cię to zboczenie zawodowe. W końcu pracowałam w reklamie. 
Z czym w takim razie kojarzy ci się słowo Hacjenda? – zapytałam zaintrygowana wywodami Izy. No jak to z czym, z... Zorro - oczywiście. To ten co zabierał bogatym, a dawał biednym? – dopytałam. Nie tylko. Ze sprawiedliwym, dobrym, charyzmatycznym no, i przystojnym – doprecyzowała. A, tu cię mam, marzy ci się taki Zorro – dodałam z uśmiechem. No, wiesz każdej kobiecie się marzy, tylko nie każda umie się do tego przyznać – prawda? Dlaczego tak na mnie patrzysz? - ofuknęłam Izę. A na kogo mam patrzeć skoro stoisz przede mną i tarasujesz wejście. No tak – powiedziałam do siebie i nacisnęłam dzwonek domofonu. 

Proszę – odezwał się miły damski głos. My w sprawie wynajmu – Proszę wejść, biuro mieści się na pierwszym piętrze – powiedział miły damski głos. Masz swojego Zorro – powiedziałam z uśmiechem, ale Iza przewróciła tylko swoimi pięknymi oczami. Dzień dobry, powiedziałam głośno, wchodząc do stylowo urządzonego holu i od razu podziękowałam w myślach Izie, że zmusiła mnie do stosownego ubioru. Proszę wejść, zaraz do pani podejdę – ten sam miły głos z domofonu dobiegał do nas gdzieś z głębi sekretariatu. Po chwili młoda kobieta w nienagannym stroju biurowym w kolorze ciemnego bakłażana i z nienaganną fryzurą wyłoniła się dosłownie spoza sterty akt. Czym mogę paniom służyć – zapytała uprzejmie. My w sprawie ogłoszenia dotyczącego wynajmu Caffe Mewa. Proszę usiąść i poczekać, zaraz poproszę szefa. Iza spojrzała na mnie spoza modnego pisma, które znalazła na stoliku w sekretariacie – A jednak Zorro – powiedziała z uśmiechem. 

Sekretarka użyła interkomu w tym samym momencie otwarły się wielkie drzwi i stanął w nich... No, może nie był to zaraz Banderas ale równie przystojny mężczyzna w średnim wieku w dobrze skrojonym garniturze co zrobiło na nas obu ogromne wrażenie. Stałam się świadkiem sceny jak z harlekina. Mężczyzna przeszedł obojętnie obok mnie i serdecznie uścisnął dłoń zaskoczonej Izy. Trochę za długo trzymał jej dłoń w swojej,  i tu przyszła mu z pomocą sekretarka - Właśnie to są te panie w sprawie Caffe Mewa. To wystarczyło aby szef złapał oddech i wyrwał się z tego jakby zauroczenia, czy czegoś tam innego. Natychmiast się zreflektował, odwrócił się do mnie i już jak gdyby nic uścisnął mi dłoń, przedstawiając się równocześnie – Jan Sumiński. 

Weszłyśmy za nim bez słowa, sekretarka zaproponowała nam kawę i zniknęła za drzwiami. Jeszcze kiedy stałyśmy w holu, przeczytałam na sąsiednich drzwiach tabliczkę z napisem - Paweł Sumiński Notariusz. Biuro było urządzone w takim samym stylu jak sekretariat, stylowe meble, ogromne biurko, a na nim idealny porządek. Pan Jan zaprosił nas do rozmowy przy masywnym, owalnym stole, idealnie pasującym do wnętrza. Sekretarka postawiła przed nami miniaturowe filiżanki wypełnione aromatycznym płynem, mały dzbanuszek z mlekiem, talerzyk z małymi korzennymi ciasteczkami, cukiernicę z brązowym cukrem i miniaturowe łyżeczki, po czym z gracją wyszła z gabinetu. Teraz zauważyłam jej długie i zgrabne nogi. Jej szef zupełnie nie zwracał na nią uwagi. Albo był taktowny, albo nie była w jego typie. 

Przypomniałam sobie w tym momencie sekretarkę mojego męża, równie elegancką, piękną oraz bardzo taktowną. Zawsze jej zazdrościłam tej wrodzonej klasy. Nigdy nie dała mi powodu do zazdrości, a mój mąż do dzisiaj, po prawie dwadziestu latach wspólnej pracy nadal zwraca się do niej per pani. Mimo to,  zawsze byłam o nią zazdrosna. Z zadumy wyrwał mnie głos pana Sumińskiego, który szukał czegoś w dokumentach, po czym usiadł blisko Izy i swoim zmysłowym głosem amanta filmowego (może tylko to była tylko moja wyobraźnia) zaczął naszą rozmowę. - Jeżeli chodzi o tę nieruchomość to muszę zadać paniom kilka pytań. Proszę pytać - odezwałam się, chociaż nasz rozmówca sprawiał wrażenie, jakby mówi tylko do Izy, bo nie potrafił oderwać od niej oczu. Izę to początkowo bawiło ale teraz wyczułam jej poirytowanie. 

Może w końcu pan zacznie, bo boję się, że tu urodzę zanim przejdzie pan do meritum – powiedziała do niego zdenerwowana. Przepraszam - powiedział uprzejmie, otworzył teczkę i zaczął pytać: Co panie mają zamiar tam robić?  - i napotkawszy wściekłe spojrzenie Izy zaraz doprecyzował: Jaką działalność gospodarczą chcą panie tam prowadzić? Kawiarnię – odpowiedziałam bez zastanowienia. Dobrze, przytaknął, jakbym rozwiązała jakiś test. Czy byłyby panie skłonne zachować dawną nazwę? Tak – znowu odpowiedziałam z pewnością w głosie. Dobrze, a czy ewentualnie wchodzi w rachubę wynajem całego budynku?. Spojrzałam na Izę ale była już taka wściekła, że próbując ratować sytuację, odpowiedziałam dyplomatycznie,  że to możliwe, jeżeli kwota za wynajem nie przekroczy naszych możliwości finansowych. Dobrze, odparł. A teraz ostatnie pytanie, tylko proszę odpowiedzieć szczerze. Słucham - powiedziałam rozbawiona całą sytuacją. Czy panie lubią Anioły? Uśmiechnęłam się, za to Iza wpadła w prawdziwą furię. Pan chyba żartuje! Czy my jesteśmy w jakiejś ukrytej kamerze? Proszę się nie denerwować,  ja zaraz wszystko wyjaśnię - Sumiński starał się uspokoić Izę ale efekt był dokładnie przeciwny. Chwileczkę, może przerwiecie tę  prywatną wojnę bo ja mogę spokojnie odpowiedzieć i dowiemy się do czego pan zmierza – przerwałam niezręczną sytuację. O, to jest dobry pomysł, tylko szybko, bo możemy się rozmyślić – dodała Iza. Musi pani jednak odpowiedzieć na moje pytanie – upierał się przy swoim. Tak, lubię anioły – odpowiedziałam krótko. To dobrze, Teraz powiem paniom co zadecydował właściciel Mewy – Jeżeli wszystkie te warunki zostaną zaakceptowane możecie panie wynająć Mewę na rok, opłacając tylko należne media. Super – pierwsza zareagowała Iza, bierzemy. A co pani na to? – mężczyzna zwrócił się z tym pytaniem do mnie. Odpowiedziałam, że oczywiście się zgadzam, ale muszę najpierw wszystko obejrzeć. Ależ Alicja, ja znam tam każdy kąt... zaczęła Iza. 

Tak oczywiście. Rozumiem panią – Sumiński mówił wolno, ważąc każde słowo. Moja sekretarka umówi panie i wszystko pokaże.

                                                                                                                                        c.d.n.

CAFFE MEWA (1)

         Nareszcie dojechałam. Pięć godzin w drodze. Dotarłam nad morze, czytam na drogowskazie - Rewa. Nic mi ta nazwa nie mówi ale nie mam siły jechać dalej. Zresztą gdzie jest to dalej? 

Jadę przed siebie całą noc, a teraz muszę odpocząć. Zjeżdżam z głównej drogi i zatrzymuję się w przydrożnym barze. Zaparkowałam swój samochód i z trudem ruszyłam w stronę drzwi z napisem Bar. Wszystko mnie boli, a więc mój mąż miał racje mówiąc że ten mały samochodzik jest dobry na jazdę po mieście, a ja z uporem maniaka twierdziłam, że jak zwykle przesadza. Teraz kiedy przejechałam tyle kilometrów...No właśnie,  ile tych kilometrów ja przejechałam? Muszę to sprawdzić, a w zasadzie - nic nie muszę. Chcę napić się dobrej kawy. 

Siedzę o siódmej rano w przydrożnym barze w miejscu w którym w życiu nie byłam. Jest cicho i spokojnie, oprócz mnie przy innym stoliku siedzi młoda kobieta w ciąży. Zamówiłam słodkiego rogalika i kawę z dużą ilością mleka. Pięknie pachnie wanilia, kakao, a może czekolada więc mam nadzieję na dobrą kawę. Znudzona samotną podróżą rozglądam się wokoło: wnętrze baru jest przytulne, chociaż nazwa Bar trochę mnie zniechęca. Piękna zieleń za oknem przyciąga mój wzrok. 

Z zadumy wyrywa mnie miły głos kelnerki. Pięknie tutaj – prawda?. Kiwam głową na znak aprobaty. Kelnerka miła, młoda osoba, uśmiecha się do mnie przyjaźnie i rozpoczyna grzecznościową rozmowę – Pani na urlop czy tylko przejazdem? Zamyślam się i zamiast odpowiedzi zadaję pytanie – Czy jest tu może jakiś dobry pensjonat? Jest ich wiele ale jeden z nich mogę pani polecić z czystym sumieniem. 

Pachnąca kawa w ładnej kremowej filiżance skupiła moją uwagę, kelnerka z wprawą zachęciła mnie do konsumpcji śniadania obiecując, że po śniadaniu wrócimy do tematu. Z przyjemnością przystałam na jej propozycję. Jadłam z apetytem i nawet nie zauważyłam, że dziewczyna przy sąsiednim stoliku przygląda mi się z zainteresowaniem. Uśmiecham się do niej i skinięciem ręki zapraszam ją do mojego stolika. Siada obok i nic nie mówi. Przepraszam panią za poufałość ale niezręcznie mi jakoś w pustej kawiarni siedzieć przy różnych stolikach. Nic nie mówi tylko kiwa głową. Czy pani jest smutna, czy tylko mi się wydaje? – próbuję podtrzymać rozmowę chociaż już widzę, że to był błąd bo moja towarzyszka nie ma ochoty na rozmowę. Patrzy tylko na mnie dużymi, pięknymi oczami pełnymi łez i nie może wydusić z siebie ani słowa. Daję za wygraną. Kończymy śniadanie w milczeniu. 

Potem ona zaczęła mówić trochę ochrypłym ale jakże zmysłowym głosem. Bardzo dziękuję za zaproszenie do swojego stolika. Przepraszam, nie jestem dzisiaj dobrym kompanem do rozmowy. Jeszcze raz przepraszam. Żeby się nie rozpłakać szybko wstaje, podchodzi do bufetu, płaci i wychodzi rzucając przez ramię krótkie - do widzenia. Dopijam kawę i już przy mnie pojawia się kelnerka, zbiera naczynia na tacę i jednocześnie wraca do naszej poprzedniej rozmowy. Jest u nas wiele prywatnych kwater, chociaż jest też wyjątkowy pensjonat nad samym morzem. Pięknie położony w cichym miejscu na końcu plaży. To Pensjonat u Basi. Zwykle jest zajęty cale lato, ale teraz szykuje się tam jakiś większy remont i jest mniej gości niż zwykle. Może będzie miała pani szczęście. Dziękując jej za informacje, płacę rachunek ze sporym napiwkiem. 

Wyszłam na zewnątrz i zachęcona piękną pogodą rześkiego poranka, poszłam na mały spacer. Dość długo podziwiałam ogród, który otaczał przydrożny bar. Zamyślona, poczułam czyjś wzrok na moich plecach. Odwróciłam się spokojnie i zobaczyłam starszą panią o twarzy tak pięknej, że aż nierzeczywistej. Piękny, prawda? – zagadnęła mnie niczym stara znajoma. Tak – potwierdziłam. Gdyby pani kiedyś potrzebowała ogrodnika to polecam moją wnuczkę Wiolcię, dam pani wizytówkę. Nie, dziękuję. Nie jestem stąd. Och, to nie szkodzi. Nigdy nic nie wiadomo. Wyciągnęła w moim kierunku rękę z wizytówką. Jest pani bardzo miła odparłam , zabrałam wizytówkę, wcisnęłam ją do torebki i szybko odeszłam w stronę parkingu. 

Dopiero w samochodzie poczułam się spokojna. Postanowiłam odnaleźć pensjonat u Basi i zatrzymać się w nim na parę tygodni. Wjechałam do miasta i cichego o tej porze dnia. Minęłam parę przecznic, zobaczyłam parking i kiosk Ruchu - taki, jaki pamiętałam z dzieciństwa. Przepraszam, czy daleko jeszcze do Pensjonatu u Basi – pytam uprzejmie panią z kiosku. Już bardzo blisko – kobieta wskazuje mi kierunek, wychylając głowę z małej budki. Przepraszam – donośny głos z kiosku zatrzymał mnie prawie w miejscu. Przepraszam, ale musi pani trochę poczekać bo Basia pojechała jakieś dziesięć minut temu do miasta. Ostatnia partia turystów do niej zjeżdża i pewnie pojechała na targ po zakupy. Niech pani poczeka tu w parku bo widzę, że jesteś dziecko zmęczona. W zasadzie to dobry pomysł – powiedziałam do uprzejmej kioskarki i udałam się we wskazanym przez nią kierunku. 

Ktoś już siedział na ławeczce pod drzewem. Podeszłam bliżej, a tu niespodzianka! Moja znajoma z kawiarni. Dosiadam się bez pytania. Czy warto płakać w twoim stanie? Twoje dziecko też pewnie jest niespokojne, mówię do zapłakanej dziewczyny i podaję jej chusteczkę do nosa. Dziękuję - odpowiada i trochę się uspakaja albo ją peszy moja obecność. Wytrzyj nos i powiedz mi co cię tak zasmuciło? Może razem coś zaradzimy? Co dwie głowy to nie jedna – gadam coś bez sensu aby odwrócić jej uwagę. Widzę, że trochę się waha ale ostatecznie wyciera nos i zaczyna opowiadać. 

Mam na imię Izabella. Alicja - odpowiadam. Od czego mam zacząć – mówi sama do siebie. Chyba od początku – zachęcam. W zasadzie nie ma o czym mówić. Zaczęło się od wielkiej miłości do przystojnego i młodego szefa mojego działu, który okazał się zwykłym draniem i tchórzem. On chce być niezależny i wolny, a ja zafundowałam sobie dziecko. Pani da wiarę? Jakby go przy tym nie było. Na pociechę powiedział mi, że do mnie nic osobiście nie ma ale na dziecko się nie zgadza. Ja mu na to, że w tej sytuacji on już nie ma nic do gadania. 

Zrobiła przerwę bo znowu się rozpłakała. Spakował się i wyprowadził ze swojego mieszkania, jak się potem okazało, wynajętego z opłatą na jeden miesiąc z góry. Trochę oszczędności jeszcze mam ale w Warszawie sama z dzieckiem się nie utrzymam. Przyjechałam tu – mówiła dalej nie patrząc mi w oczy – bo znam dobrze te okolice. Pracowałam tu przez parę sezonów za czasów studenckich. Byłam barmanką tu niedaleko w Caffe Mewa. No to myślę, że znajdziesz tu pracę i wszystko się ułoży. Ja też tak myślałam – znowu wybuchnęła płaczem. 

Żeby odwrócić na chwilę jej uwagę, pytam o termin porodu. Dziewczyna zaraz się uspakaja i głaszcze po małym brzuszku – To jeszcze dwa miesiące, a może tylko dwa – trochę się na szczęście uspokoiła  i wytarła nos. Ja tak ciągle mówię, a nie zapytałam co panią tu sprowadza? Po pierwsze mów mi po imieniu. Mam na imię Alicja. Skinęła głową na znak aprobaty – a po drugie, kłopoty to chyba nasza specjalność. Spojrzała na mnie z zainteresowaniem. Powiedzmy, że teraz jestem na wczasach. Jest środek lata więc chyba to naturalne, że przyjechałam tutaj na urlop...od kłopotów. 

Trochę się uspokoiła, a mnie zrobiło się jej żal. Przyciągnęłam bliżej moją torebkę, a w niej moje ukochane karty anielskie. Przyjechałam tak wcześnie bo chciałam spotkać się z właścicielami Mewy – kontynuowała smutnym głosem Iza. To dobrzy ludzie i miałam nadzieję na pracę nawet w moim stanie. Pojechałam wprost do kawiarni, a tam zamknięte na głucho. Jest środek sezonu ale kartka na drzwiach pozbawiła mnie ostatniej nadziei: Lokal zamknięty. Wynajmę lub sprzedam. Pod spodem podano adres biura nieruchomości. Myślałam, że serce mi pęknie bo w tej sytuacji już naprawdę nie wiem co mam zrobić. 

Mam pomysł – odparłam. Popatrzyła na mnie smutnymi oczami, chwilę się wahała ale najwyraźniej postanowiła mnie wysłuchać. Zamieniam się w słuch. Zróbmy sobie wakacje - powiedziałam. Zamieszkajmy w Pensjonacie u Basi. Odpoczniemy, rozejrzymy się i na pewno coś nam wpadnie do głowy. W sumie to dobre rozwiązanie, wakacje na pewno nam się przydadzą. Wiesz, jestem bardzo zmęczona i głodna. Spojrzałam na zegarek i stwierdziłam ze zdziwieniem, że siedzimy tu już od godziny. Doprowadź się do porządku – podałam jej kolejna chusteczkę - i jedziemy do pensjonatu. 

Pojechałyśmy moim samochodem bo Iza zostawiła swój na rynku i przyszła na piechotę. Pensjonat był rzeczywiście bardzo ładnie położony. Zabytkowy budynek wśród starych
drzew. Kwiaty w oknach, przed wejściem i w pięknym stylowym wnętrzu, świadczyły o dbałym i wrażliwym właścicielu. Urocze miejsce – powiedziałam i pchnęłam lekko do przodu moją nową znajomą, którą też najwyraźniej urzekło to miejsce. W pensjonacie panował spory ruch. W recepcji kilka osób dyskutowało podniesionym głosem ale na nasz widok dyskretnie zamilkli. 

Czym mogę służyć – odezwała się do nas ładnie opalona blondynka w średnim wieku. Czy macie państwo wolne pokoje – zapytałam – na początek na dwa tygodnie. Dwie jedynki czy jeden pokój? Dwie jedynki – szybko odpowiedziała Iza. Mają panie szczęście, dwa najładniejsze pokoje z widokiem na morze są aktualnie wolne. Jest tylko pewien problem. Mam aktualnie dużą grupę turystów z Anglii. Jak znam życie, będzie hałas, bieganina i nocne rozmowy. Bierzemy – zdecydowałam za nas obie. 

Młody chłopak z obsługi hotelowej zaoferował swoją pomoc przy bagażach. Z ochotą się zgodziłam. Byłam już bardzo zmęczona, a Iza też ledwo stała na nogach. Młodzieniec złapał moje bagaże i pobiegł na górę. My wdrapałyśmy się na piętro po drewnianych schodach. Jestem bez kondycji – powiedziałam do mojej towarzyszki. Nie żartuj sobie ja poruszam się jak słonica, ale jeszcze mały korytarzyk i już będziemy. Zmęczone, ale w dobrym nastroju dotarłyśmy do drzwi pierwszego pokoju gdzie stały moje bagaże.Przystojniak, który je przyniósł zbiegał już po schodach, wołając: Miłego pobytu! Dziękujemy, wykrzyknęłyśmy 
chórem. 

Ledwo otworzyłam drzwi mojego pokoju gdy przybiegła Iza i  szarpiąc mnie za rękaw wołała jak mała dziewczynka – Zobacz jaki mam piękny pokój, no chodź, zobacz! Poszłam za nią posłusznie i stanęłam w progu jej pokoju. Fakt, był naprawdę uroczy: Jasno turkusowe ściany i białe stylowe meble, takie zacierane. Sama nie wiem czy stare czy umiejętnie zrobione. Wygodne, duże łóżko, zaścielone puszystą kapą w kolorach tęczy i taki sam dywan na podłodze. Cudowne białe lampki na nocnych szafkach i biały wazon na małym stoliku, a w nim bukiet frezji, kolorowy i pachnący. Spójrz na łazienkę - zawołała Iza. Zobaczyłam turkusowe morze, pełne muszelek, ogromne lustro i pachnące ręczniki w kolorze turkusowo- białym, pięknie dobrane do całości. Jak tu pięknie, jestem taka szczęśliwa – radośnie wykrzykiwała Iza. 

Dziwne, co z nami kobietami robi ciąża. Dopiero płakała, a teraz już szaleje z radości. Zdecydowanie wolę ją taką radosną. Jest naprawdę piękną kobietą, mimo tak zaawansowanej ciąży. Przepraszam chyba mnie poniosło – powiedziała to jakby czytała w moich myślach. Może zobaczymy twój pokój? Teraz dopiero zdałam sobie sprawę, że jeszcze do niego nie zdążyłam wejść, a moje bagaże wciąż stoją pod drzwiami. 

Otworzyłam drzwi mojego pokoju. Ściany w kolorze cynamonu, meble w kolorze wanilii, wszędzie ten sam motyw kwiatowy jak w amerykańskim filmie. Kapa, zasłony, poduszki i dwa duże fotele, obite identyczną tkaniną w duże piękne kwiaty. Kremowe i herbaciane róże z dodatkiem zieleni na tle szarego lnu, wyglądały naprawdę imponująco. Popatrzyłyśmy na siebie zdziwione jak nam się udało tak intuicyjnie wybrać pokoje. Pięknie – tylko tyle mogłam z siebie wydusić. Postanowiłyśmy trochę odpocząć więc Iza podśpiewując sobie, poszła do swojego pokoju, a ja w ubraniu padłam na łóżko, przymknęłam tylko oczy i odpłynęłam gdzieś daleko w głęboki sen. 

Obudziło mnie delikatne pukanie do drzwi. Otworzyłam oczy i jak zwykle w takiej sytuacji zadałam sobie szereg pytań: gdzie ja jestem? Która to godzina?.  Miły, kobiecy głos zza drzwi zapraszał na obiad. Wstałam pospiesznie, otwarłam drzwi, a tam nasza uśmiechnięta gospodyni, osobiście się fatygowała i jeszcze na dodatek mnie przeprosiła - Przepraszam, nie chciałam dzwonić, żeby telefon pani nie przestraszył bo potem tylko boli głowa. - Dziękuję serdecznie. Zaraz się ogarnę, obudzę Izę i zejdziemy na dół. - Będę czekała w recepcji. Cichutko odeszła, a ja zapukałam do mojej nowej przyjaciółki. 

Drzwi otarły się natychmiast, a Iza stała już gotowa do wyjścia. No, nareszcie wstałaś bo umieram z głodu - wykrzyknęła.  Obie wypoczęte i zadowolone zeszłyśmy do recepcji. Wyglądałyśmy na dwie przyjaciółki na urlopie, a może na matkę i córkę na ostatnich wakacjach we dwie. Swoją drogą byłoby to cudowne, ale nie mogę się tak angażować uczuciowo bo przecież znamy się dopiero kilka godzin. Może to okoliczności w jakich 
się obie znalazłyśmy tak nas do siebie zbliżyły. 

Proszę za mną – uczynna pani Basia zaprowadziła nas do jasnej i przestronnej jadalni, wskazując na stolik w końcu sali, przy oknie. Tu będzie wam wygodnie – wyszeptała konspiracyjnie. Pyszny obiad zjadłyśmy prawie w milczeniu. Ciasto z malinami i kawa z dużą ilością mleka zupełnie mnie rozleniwiły.  Iza przeciwnie, zarumieniła się i wyraźnie się ożywiła. Co byś powiedziała na spacer?  Proszę... Chyba nie odmówisz ciężarnej?. Oczywiście że nie – odpowiedziałam bardziej ochoczo niż to było naprawdę. Przywitało nas wczesne popołudnie i nawet słońce już tak nie dokuczało. Szłam powoli nie pytając o cel naszej przechadzki. Całkiem miło nam się rozmawiało. O wszystkim i o niczym.

                                                                                                                                   c.d.n.



LISTY DO MARII (2)

          Droga Mario, bądź otwarta na nowe przyjaźnie, nowe wyzwania i doświadczenia. 

Trochę radości, trochę przygody, trochę rozwagi, trochę szaleństwa oraz dużo miłości, dużo radości i wiele talentów możesz odnaleźć w sobie. Musisz mieć tylko świadomość swojej wartości, musisz kochać siebie samą, musisz się rozpieszczać i dbać o siebie. Wtedy właśnie będziesz ciekawą osobą, którą każdy chce poznać i z którą warto się zaprzyjaźnić. 

Nauczyłam się kochać, doceniać swoje talenty i być gotową na nowe przyjaźnie podczas kilku kolejnych spotkań z metodą Silvy, które prowadził profesor Zbigniew Królicki. 
Być może miałam szczęście, że to właśnie on wprowadził mnie w świat afirmacji 
i świadomego kształtowania własnego życia. Mówiąc słowami mojego wykładowcy – dostałam skrzynkę z narzędziami i naukę jak z tych narzędzi korzystać. Reszta to praca 
i ciągle doskonalenie oraz odkrywanie swoich talentów. Był to proces długi, ale ciekawy 
i bardzo odkrywczy. Poznałam samą siebie na nowo i ta nowa wersja bardzo mi się podoba.

Przypadkowo z pozoru spotkani ludzie byli impulsem do zmian w moim życiu. Jasnowidząca wróżka, podczas andrzejkowej zabawy powiedziała mi coś o czym nie miałam pojęcia: Karty to twoje przeznaczenie. Wskazała mi drogę i poradziła, żebym nigdy nie uczyła się na żadnych kursach sztuki stawiania kart, bo poprowadzi mnie intuicja 
i sama znajdę swój sposób ich interpretacji. 

Tak też zrobiłam. Przeczytałam wiele ciekawych książek o symbolach i sposobach czytania z różnych kart. Pokochałam anielskie karty i intuicyjnie je stawiam do dziś. Wcześniej często się zastanawiałam, skąd płyną słowa, które same wręcz cisną mi się na usta, gdy zaczynam rozkład. Teraz już się nie zastanawiam, poddaję się chwili i głęboko wierzę w to co karty przedstawiają. Nie naginam prawdy, nie ubarwiam, nie zastanawiam się tylko interpretuję, czytam, rozmawiam z aniołami. Nastawiam się na rozwiązanie problemu, staram się udowodnić ludziom, że są dobrzy, mądrzy i potrzebni. 
Pokazuję drogę, by łatwiej się żyło. 

Einstein powiedział tak: Życie można przeżyć na dwa sposoby: Albo tak jakby nic nie było cudem albo tak, jakby cudem było wszystko”. Ja wolę drugą wersję i to zdanie stało się moim mottem: Żyję tak jakby cudem było wszystko!

Nauczyłam się nie oceniać ludzi, bo to jacy są w danej chwili, służy ich najlepszemu dobru. Nie nastawiam się wrogo do nikogo, nie przejmuję się sprawami, na które nie mam wpływu. Nikogo nie zmieniam, bo zmiany zawsze zaczynam od siebie. Jeżeli mi się coś nie układa, głęboko wierzę, że wszechświat ma dla mnie coś lepszego, coś o czym ja na razie nie mam pojęcia i z pokorą przyjmuję to co daje mi los. Jeżeli mam problem, powierzam go mojej podświadomości, bo ona lepiej wie co jest dla mnie w tej chwili dobre.

Mam ogromną intuicję i umiem z nią współpracować, czyli wsłuchiwać się w siebie. 
Kiedy kogoś poznaję zastanawiam się w jakim celu stanął na mojej życiowej drodze. 
Czasami są to krótkie znajomości, ale zawsze czemuś służą.

Pokochałam Karty anielskie, bo są łagodne i nastawione na pomoc. Takie są właśnie anioły - zawsze czujne i zawsze pomocne.



czwartek, 4 czerwca 2015

Kochaj swoje dziecko


„Miłość pozwala dziecku zbudować pewność siebie i poczucie własnej wartości”.

Miłość jest największą potrzebą wszystkich dzieci.
Miłość jest największą potrzebą wszystkich ludzi.

Brak czasu i uwagi dla dzieci jest pierwszym grzechem, który my rodzice popełniamy wobec własnych dzieci. Lecz nadopiekuńczość rodziców może czasami uczynić w życiu dzieci jeszcze więcej szkody. Nie pozwalanie dziecku na popełnianie normalnych błędów na swojej drodze ku dorosłości jest natomiast głównym grzechem popełnianym przez nadopiekuńczych rodziców. 

Ochronny klosz, który tacy rodzice rozkładają nad swoimi pociechami, zniekształca ich dzieciom percepcję widzenia świata. Załatwianie wszystkiego za dziecko powoduje, że staje się ono mało zaradne życiowo lub bardzo roszczeniowe. Jedno i drugie dzieciom nie służy. Pytane jak postępować by dziecko wyrosło na wrażliwego, empatycznego człowieka, który potrafi samo zadbać o dobrą jakość swojego życia. 
Moim zdaniem trzeba dzieci kochać, wspierać i pomagać kiedy o to proszą.

A oto kilka rad jak postępować by relacje na linii rodzic - dziecko były powiedzmy poprawne:
1.  Wysłuchać dziecko zawsze kiedy tego pragnie.
2.  Zrozumieć jego problem i nastawić się na rozwiązanie.
3.  Okopać się (dać im czas na przemyślenia). Nie naciskać i nie ponaglać.
4.  Uzbroić się w cierpliwość i poczekać aż dziecko samo zrozumie, że jego zachowanie jest niewłaściwe lub niestosowne.
5.  Kochać bezwarunkową lecz mądrą miłością. Wiele dawać, ale i sporo wymagać.
6.  Ustalić granice swojej niezależności i tu zalecam bezwzględną konsekwencję, bo dzieci potrafią zawładnąć życiem rodziców (i nawzajem).
7.  Nastawić się na rozwiązanie małych problemów i nie pozwolić, żeby przerodziły się w konflikt nie do opanowania. Zalecam pamiętać o tym, że jeszcze się taki rodzic nie urodził, żeby swojemu dorastającemu dziecku dogodził i nawzajem (my rodzice też mamy swoje wady).

Te zasady odnoszą się tylko do drobnych, zwykłych nieporozumień, wynikających z różnicy pokoleń. Jeżeli nasze dziecko ma poważne problemy typu: śmierć partnera, bolesne rozstanie, perturbacje zdrowotne, brak lub nadmiar pracy, zmaganie się z nałogiem itp. to ja proponuję wsparcie, pomoc - ale na żądanie,  i nie wcinanie się w dorosłe życie swoich pociech bez ich wyraźnej zgody na to. 
Broń Boże narzucanie swojego zdania i rozwiązywanie problemu za dzieci, bo jeżeli są normalne i dorosłe to zrobią dokładnie odwrotnie (ja też taka byłam i moje dzieci też tak mają).

Mój ojciec już nie żyje, a mama mi odpuściła i skoncentrowała się na swoim życiu i tak jest dobrze. Pomagamy sobie nawzajem i wspieramy się w trudnych chwilach, zachowując niezależność i szanując swój czas. Jest to wiec możliwe. 

Proponuję wypracować taki sposób relacji rodzinnych by i rodzice i dzieci mieli własną przestrzeń i własne sprawy. Nie narzucajmy sobie nawzajem „prostych rozwiązań”. 
Bo dobrymi intencjami jest piekło wybrukowane.